Z dzienniczka Sybiraka (o. Tomasz Zając, Rosja - Syberia)

Poniższy artykuł ukazał się w numerze 2/2005 „Przyjaciela Misji Klaretyńskiej”.

 

24. 11. 2002

Moja pierwsza miłość!

Po co ten rosyjski?” „Kto go wprowadził do szkoły?” „Jezu znów trzeba iść na ruski!” „Szkoda czasu!” „Ale nudy!” Te i tym podobne zwroty cisnęły się na usta tych wszystkich, którzy musieli uczyć się języka rosyjskiego w szkole. Ja należę do tego pokolenia ,,narzekaczy na rosyjski”. Nie dziwota, że tak reagowaliśmy na kulturę rosyjska: sytuacja polityczna, nasze stosunki z „bratnim państwem”, miały na to ogromny wpływ – biedni ci, którym takie uprzedzenie pozostało do dzisiaj!

Kiedy poczułem miłość do Rosji, a konkretnie Syberii? Jak ona objawiła się w moim życiu? Pierwsza iskierka miała miejsce w szkole średniej – miałem świetnego nauczyciela języka rosyjskiego. Pan Piotr rozkochał nas w Rosji! Ukazał nam problemy ludności, słabości, piękno i kulturę! Udało mu się to dzięki wolności słowa, która wchodziła do naszego Państwa. Człowiek ten kochał Rosję i tę miłość wyraził czynem. Przybliżył nam ją w prawdziwym, a nie zakamuflowanym propagandą komunizmu świetle. Przelał w nasze serca zainteresowanie i zamiłowanie do Braci zza Buga. Chwała mu za to!

Skończyła się szkoła trzeba było pomyśleć o przyszłości. Na mojej drodze pojawił się o. Antoni Badura CMF, ze swoimi pierwszymi wrażeniami z pobytu na Syberii. Rozeznawałem właśnie drogę swojego powołania. Nasze drogi się przecięły. Wybrałem Klaretynów, a zamiar wyjazdu na Syberię wniosłem wraz z sobą do klasztoru. I zacząłem wiercić Panu Bogu „dziurę w brzuchu”: „Chcę wyjechać na Syberię”.

Robienie planów należy do człowieka, a ich powodzenie od nieba”. Tak było i w moim przypadku. Na moment wyjazdu na Syberię przyszło mi prosić Boga i czekać dziesięć lat! Modlitwa prośby. Proś i mocno wierz, że Bóg spełni twoje pragnienia – warunek, czas i sposobność realizacji prośby zostaw Jemu! On najlepiej wie kiedy, w jaki sposób i jak wypełnić twoją prośbę! Nie moja wola, lecz Twoja, Panie, niech się stanie!

No i się stało! 11 listopada 2002 roku, po czterech dniach jazdy koleją transsyberyjską, moje stopy dotknęły kontynentu Azjatyckiego! Konkretnie Krasnojarskiego kraju. Uderzyło mnie zimno -10°C, biel wokoło, szerokie ulice w mieście i pędzące po oblodzonych drogach samochody. Jak się potem dowiedziałem, używa się tu specjalnych opon z kolcami, tzw. „szypami”. Wrażenie zrobiły na mnie kolorowe reklamy i pełne sklepy! No w końcu wielkie miasto! Wielki świat!

Za tym wszystkim jednak kryje się bieda duchowa tutejszego społeczeństwa – niecały jeden procent wierzących! Zrozumiałem, że czeka mnie wiele pracy. Walka o dusze trwa. Z radością i wzruszeniem wstąpiłem do naszego parafialnego kościoła w Krasnojarsku, gdzie mieści się sala organowa, a my musimy na Mszę wynajmować własny katolicki kościół! Potem był pierwszy spacer po Krasnojarsku. Opatuliłem się ciepłym szalikiem i poszedłem do czasowni (tak tu nazywają kapliczki), położonej na wzgórzu, dobre cztery kilometry od naszego klasztoru. Jest to prawosławna kapliczka, symbol Krasnojarska. Umieścili ja nawet na dziesięciorublówce! Po 20 minutach marszu byłem na miejscu. Boże co za widok! W dali góry Stołby, w dole Krasnojarsk przecięty Jenisiejem. Całe miasto u mych stóp. Tu przyszło mi pełnić posługę misyjną, realizować się jako Syn Niepokalanego Serca Maryi, który: „Płonie miłością i rozpala nią wszystko na swej drodze. Skutecznie pragnie i wszelkimi środkami usiłuje rozpalić wszystkich ludzi ogniem Boskiej miłości. Nic go nie odstrasza, raduje się w niedostatku, podejmuje trudy, chętnie się poświęca, znajduje upodobanie w oszczerstwach i radość w udrękach. Myśli wyłącznie o tym, jak naśladować Jezusa Chrystusa w modlitwie, pracy i cierpieniu, zawsze i jedynie starając się o większą chwale Boga i zbawienie dusz. Amen”. Wyszeptałem, mocno zakorzenioną w sercu definicję misjonarza klaretyna i zbiegłem do domu, gdzie czekało mnie ciepło domowego ogniska.

Wieczorem, po całym dniu wrażeń, zatopiłem się w modlitwie przed Bogiem. Wiedziałem, że czeka mnie nie lada zadanie, trzeba będzie wiele godzin spędzić na klęczkach, by sprostać Bożemu posłaniu. Nic się nie lękaj, Bogu zaufaj, On pomoże! Ty tylko wypełniaj Jego wolę. Położyłem się spać, bo zmęczenie i zmiana czasu dały się we znaki. Przeskoczyłem o sześć godzin do przodu! Zasnąłem szczęśliwy, że wreszcie jestem u swojej pierwszej miłości!

Mówią, że najwięcej swoich wrażeń może przekazać z misji ten, kto ledwo na nie przyjechał. Dla „starych misjonarzy” codziennych „zjadaczy chleba”, życie staje się powszednie, wchodzą w jego rytm i po prostu nim żyją, zamiast o nim opowiadać. Wybaczcie więc, ale więcej nic nie napiszę. Dane mi już było przeżyć prawie dwa tygodnie! Myślę, że zaliczam się do „starych misjonarzy”. Mocno zaangażowałem się w Misję, a co najważniejsze czuje się tu jak u siebie w domu. Dziękuję Bogu za wszystko!

o. Tomasz Zając CMF „Najmłodszy Sybirak”