W Azji wiara w Chrystusa wciąż kosztuje (o. Piotr, Azja Wschodnia)

Poniższy artykuł ukazał się w dwóch częściach
w numerach 7/2006 i 8/2007
„Przyjaciela Misji Klaretyńskiej”.

 

Azja jest fascynującym kontynentem, pełnym dziwów i tajemnic; przepięknych miejsc i wiekowych kultur. Jest kolebką wszystkich wielkich religii świata: hinduizmu, buddyzmu, szintoizmu, taoizmu, judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Jest miejscem zamieszkałym przez 3/4 ludzkości. Tutaj można spotkać ogromne bogactwo nielicznych i nędzę większości. Tutaj można doświadczyć mistycznej wręcz religijności i wojującego ateizmu, który usuwa Boga z życia i serc ludzkich, zastępując go bądź kultem jednostki bądź kultem pieniądza. Tutaj spotkać można wyznawców różnych religii żyjących w przyjaźni i harmonii, bądź walczących ze sobą w imię ,,boga”. Ten największy kontynent świata jest pełen kontrastów i trudny do zrozumienia.

Chrześcijaństwo w Azji jest postrzegane jako religia zachodu, a chrześcijanie są małą garstką w morzu wyznawców innych religii. Jedyne azjatyckie kraje chrześcijańskie to Filipiny i Timor Wschodni. W pozostałych krajach wyznawcy Jezusa Chrystusa są w mniejszości. Szacuje się, że liczba chrześcijan w Azji to około 3% ogólnej populacji. Lecz za tą małą liczbą kryje się ogromna rzesza nieznanych z imienia ludzi, którzy głęboko wierzą i dzielą się tą wiarą z innymi.

Liczba chrześcijan w Azji rośnie z roku na rok. Przykładem niech będą Chiny i Wietnam. Nieoficjalnie mówi się, że liczba chrześcijan w Chinach sięga 70 mln. ludności. W Wietnamie tylko liczba wiernych Kościoła Katolickiego sięga już 7% ogólnej populacji tego kraju. Tak samo dzieje się w innych krajach. Ewangelia jest głoszona zarówno przez misjonarzy katolickich, protestanckich jak i tych z wolnych kościołów chrześcijańskich. Ludzie otwierają się na dobrą nowinę o Jezusie Chrystusie, który przyszedł na ten świat by go zbawić.

Od ośmiu lat pracuję na misjach w Azii. Najdłużej na Timorze Wschodnim, Indonezii i Filipinach. W ramach przygotowania do otwarcia nowych placówek misyjnych odwiedziłem Chiny, Myanmar (dawna Birma) oraz Wietnam. Poznałem mnóstwo fascynujących ludzi, którzy zadziwili mnie swą wiarą, odwagą i troską o drugiego człowieka. Chrześcijanie w krajach azjatyckich to nie tylko mała garstka, ale to także ludzie, którzy często są prześladowani. W Azji wiara w Chrystusa wciąż kosztuje. Tych kilka historii i refleksji są owocem spotkań z nimi. Mówią one o prostych ludziach, którzy w którymś momencie swej drogi spotkali Chrystusa, żyli i cierpieli dla niego. Mam nadzieję, że pobudzą one do refleksji i modlitwy za tę małą „azjatycką owczarnię”.

 

Spotkanie z Chrystusem (Chiny)

Wang była młodą dziewczyną pracującą w zakładzie farmaceutycznym. Nie wierzyła w Boga, gdyż uczono ją w szkole, że religia to opium dla ludzi. Ale była bardzo zaradna i miała mnóstwo przyjaciół; była lubiana. Jedną z jej koleżanek, była Teresa, chrześcijanka, z którą się bardzo dobrze pracowało. Jednak tylko nieliczni wiedzieli, że Teresa jest Chrześcijanką. Teresa zawsze nosiła medalion z obrazkiem mężczyzny. Któregoś dnia Wang nie mogła opanować swej ciekawości i zapytała Teresę:

- Kto to jest ten przystojny mężczyzna na tym zdjęciu? To twój chłopak? Masz narzeczonego z Europy?

Teresa zaskoczona odpowiedziała:

- Nie! To Jezus Chrystus! Mój Pan i Zbawiciel.

- To ty jesteś chrześcijanką! Jak możesz wierzyć w tę religię z Europy? - powiedziała Wang.

Na to Teresa rzekła:

- Słuchaj. Gdybyś miała wybrać drogę po której chciałabyś iść, jaka by to była: szeroka i asfaltowa, czy też wąska, taka jak na wioskach?

Wang myślała przez chwilę i odpowiedziała:

- Na szerokiej drodze na pewno by był duży ruch; mnóstwo ludzi i samochodów; hałas i zanieczyszczenie. Wybrałabym wiejską drogę, gdyż tam mogłabym się cieszyć spokojem i pięknem przyrody. Jest tam dużo drzew, ptaki śpiewają; jest pięknie na takiej drodze. Tak, wybrałabym tę wąską.

Na to Teresa rzekła:

- To jest moja wiara. Jezus uczył nas, że droga do szczęścia jest wąska, ale dużo dobrych rzeczy można na niej doświadczyć. Chrześcijaństwo to nie religia z Europy, ale kroczenie po wąskiej drodze ku szczęściu.

Tak się zaczęła przyjaźń pomiędzy Teresą i Wang. Często się spotykały poza godzinami pracy i Teresa dzieliła się swoją wiarą. Po pewnym czasie, zaprosiła Wang by poszła z nią do kościoła. Wang trochę się bała, ale ostatecznie poszła. Tam poznała księdza, który zaprosił ją na cotygodniowe spotkania katechetyczne. Jej zainteresowanie wiarą rosło, a jednocześnie czuła, że dokonuje się w niej jakaś wewnętrzna przemiana. Wreszcie przyszedł dzień, gdy poprosiła o chrzest. Na chrzcie przyjęła imię Teresa.

Obecnie Teresa Wang jest siostrą zakonną i głosi Ewangelię w swym kraju. Po swoim chrzcie, odczuła powołanie by poświęcić swe życie Chrystusowi i prowadzić innych ku tej wąskiej drodze wiodącej do szczęścia.

 

Moc różańca (Wietnam)

Pan Lien był nauczycielem w szkole podstawowej. Był grubo po czterdziestce, małego wzrostu i słabego zdrowia. Praca w szkole dawała mu dużo zadowolenia, a przede wszystkim środki finansowe by zapewnić byt żonie i ósemce dzieci. Ale przeszedł tragiczny rok 1975. Amerykanie przegrali wojnę i komunistyczny rząd objął władzę w całym kraju. Wszystko się zmieniło. Dobra kościelne pokonfiskowano, wyrzucono wszystkich misjonarzy, zamknięto szkoły katolickie i klasztory. Wielu chrześcijan znalazło się w więzieniach; wielu straciło pracę. Kiedy sytuacja się trochę unormowała i życie w komunistycznym kraju wracało do normalności, Lien miał trudną decyzję do podjęcia. Oferowano mu powrót do pracy nauczycielskiej, ale płaca była bardzo niska. Z trudnością by wystarczyło na życie, a dzieci musiałyby przerwać naukę. Ale czy była alternatywa? Mieli wprawdzie trochę pola, ale ono zawsze leżało odłogiem, gdyż słabe zdrowie nie pozwalało mu na fizyczną pracę. Lecz tutaj leżała jedyna możliwość, by zapewnić utrzymanie rodzinie. Gdy Lien poinformował swoich, że ma zamiar uprawiać ziemię, wszyscy byli w szoku.

- Jak on da sobie radę z takim słabym zdrowiem? Przecież jest już stary i nigdy nie pracował fizycznie? – dzieliła się matka i dzieci swymi wątpliwościami.

Najstarszy syn chciał zrezygnować ze studiów, by pomagać ojcu, ale ojciec mu rzekł:

- Dopóki ja jestem twym ojcem, masz się mnie słuchać i kontynuować studia. Damy sobie radę.

Następnego dnia, wcześnie rano ruszył do pracy w polu wraz z żoną. Ponad godzina drogi w jedną stronę. Sadzili ryż i różne warzywa. Upał czy deszcz Lien pracował z żoną bądź sam. Rytuał powtarzał się każdego dnia oprócz niedzieli i świąt. On szedł pierwszy a żona podążała za nim. Dzieci szły do szkoły. Nigdy ze sobą nie rozmawiali w czasie drogi, a bardzo rzadko na polu. Żona wracała wcześniej by przygotować posiłek. Tak mijały lata. Lien nigdy się nie rozchorował i był w stanie podołać ciężkiej pracy na roli. Mieli też na tyle obfite plony, że nie tylko byli w stanie wyżywić siebie, ale też mogli część sprzedać, by mieć pieniądze na edukację dzieci. Wszyscy się zastanawiali, gdzie tkwi siła pana Lien:

- Jak to możliwe, by ten który nigdy nie pracował fizycznie i zawsze był słabowitego zdrowia, znalazł tyle sił do pracy na roli?

Nawet dzieci były zadziwione.

Tajemnica wyszła po latach na spotkaniu rodzinnym. Państwo Lien mieszkali już sami w swym małym domku. Dzieci pozakładały swe własne rodziny, a najmłodsza córka wstąpiła do zakonu. Zebrani razem wspominali trudne czasy końca lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wtedy ktoś się zapytał pani Lien:

- A o czym też rozmawialiście w drodze, gdy codziennie szliście i wracaliście z pola?

Pani Lien odpowiedziała:

- O niczym. On nie chciał ze mną rozmawiać bo całą drogę modlił się na różańcu. Czasami byłam znudzona i chciałam o czymś porozmawiać. Ale wasz ojciec, tylko mnie zbywał i mówił bym mu nie przeszkadzała.

Na to pan Lien dodał

- Ten codzienny różaniec to była moja siła. To, że nigdy się nie rozchorowałem; to, że nigdy nam niczego nie brakowało; to, że mogliście pokończyć studia, a nasza Maria jest siostrą zakonną, to wszystko zasługa tej modlitwy.

Państwo Lien wciąż żyją i są bardzo szczęśliwi. Ich trud nie poszedł na marne. Dzieci, wykształcone, mają już swoje rodziny. Mają wnuków, a także prawnuków, a jedna z ich córek jest siostrą zakonną.


Męczeństwo (Chiny)

Pani Teng była żoną i matką dwójki dzieci. Zajmowała się domem i pomagała mężowi w pracy na roli. Byli Chrześcijanami. Pani Teng dwa razy w tygodniu chodziła na targ w pobliskim mieście by głosić Ewangelię. Mówiła ludziom o Chrystusie i rozdawała fragmenty Ewangelii tym którzy byli zainteresowani. Wieczorem po pracy cała rodzina wraz z przyjaciółmi zbierała się na modlitwie. Starali się nie robić wokół siebie zbyt dużo hałasu, by policja się nie dowiedziała, że odbywa się u nich w domu spotkanie modlitewne. Któregoś dnia pani Teng jak zwykle wybrała się na targ. Wzięła ze sobą Pismo Święte i fragmenty Ewangelii, by rozprowadzać je pośród ludzi. Myślała, że to będzie dzień jak każdy inny. Ale nie wróciła do domu. Została zatrzymana przez policję i uwięziona. Na drugi dzień już nie żyła. Zdarzenie miało miejsce wiosną 2004 roku. Nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Cała sprawa została wyciszona. Tylko rodzina i grupa Chrześcijan podtrzymuje pamięć o tej młodej kobiecie.

 

Wielbiąc Boga pod natchnieniem Ducha Świętego (Chiny)

Xiaomin pochodziła z ubogiej rodziny rolników. Jej rodzice chcieli ją oddać komuś innemu, gdyż nie wiedzieli jak wyżywić kolejne dziecko. Ale w dniu gdy miała być oddana przyszła powódź i została w domu. W szkole średniej zachorowała i musiała ją przerwać. Jej krewna była Chrześcijanką i ona zaprosiła ją do kościoła. Powiedziała do niej:

- Xiaomin. Bóg jest stworzycielem całej ziemi. Jeżeli zaufasz Bogu będziesz uzdrowiona. Chodź ze mną na spotkanie modlitewne tego wieczora.

Xiaomin zgodziła się i przyszła do domu swej krewnej znacznie przed czasem. Była bardzo podekscytowana i nie mogła się doczekać spotkania. Już na pierwszym spotkaniu powierzyła swe życie Chrystusowi. Po kilku spotkaniach zauważyła ogromną różnicę w swym ciele. Czuła się znacznie lepiej, a symptomy choroby zaczęły ustępować.

- O Panie. Ty jesteś Stworzycielem i Zbawicielem. Ja wierzę głęboko, że możesz mnie uleczyć - modliła się.

Jej rodzina była przeciwna jej nawróceniu i chodzeniu na spotkania modlitewne. Rodzice się o nią bali i nie chcieli by wieczorem gdzieś wychodziła. Jej najstarszy brat robił wszystko by zrezygnowała. Ale jej bracia i siostry, których spotkała w kościele byli dla niej bardzo dobrzy i dodawali jej otuchy i odwagi. Postanowiła podążać za Chrystusem bez względu na konsekwencje.

Swoją pierwszą pieśń skomponowała pod koniec 1990 roku i to był początek głębokiego działania Ducha Świętego w jej życiu.

 

Przynieś twoją radość;

przynieś twoją pieśń;

przynieś twoją szczerość;

przynieś twe serce

i wejdź do wspaniałej świątyni,

by szukać prawdziwego życia.

 

Chrystus jest naszym jedynym światłem.

Śpiesz się i głoś Ewangelię;

śpiesz się i słuchaj Ewangelii;

zapraszamy ciebie byś stał się członkiem naszej wielkiej rodziny.


Hymny i pieśni religijne przychodziły jej do głowy w czasie modlitwy. Zapisywała je w swym modlitewniku, ale jeszcze się z nikim tym nie dzieliła. Któregoś dnia przyszła do niej przyjaciółka. Rozmawiali o różnych sprawach i Xiaomin nauczyła ją jednej ze swych pieśni. Tej tak się ona spodobała, że zaśpiewała ją w kościele. Ludzie się pytali, skąd zna taką piękną pieśń.

- Xiaomin, mnie nauczyła.

I tak wieść się rozniosła. Wszyscy byli zaskoczeni:

- Jak to możliwe by Xiaomin była autorką tych pieśni? Ona jest zawsze taka cicha, a na spotkaniach modlitewnych ukrywa się po kątach.

Było im trudno uwierzyć w taką wieść. Jak może wiejska dziewczyna, która nie ma żadnego muzycznego wykształcenia, a nawet nie ukończyła gimnazjum, być autorka tak wspaniałych pieśni religijnych. Ale gdy zaczęli śpiewać te pieśni ich wątpliwości ustąpiły wdzięczności. Uświadomili sobie, że Bóg nie opuścił Chin, że pomimo tego, co cierpieli i cierpią, On jest pośród nich.

 

Panie, uwielbiam Ciebie,

ponieważ mnie wybrałeś.

Pośród ogromnego tłumu znalazłeś mnie.

 

Wielu ludziom hymny napisane przez Xiaomin przyniosły siłę, radość i pokój. Wielu ludzi pod wpływem tych hymnów się nawróciło. Jej własna siostra, której trudno było uwierzyć, że Xiaomin jest autorką powiedziała:

- Gdyby nie było prawdziwego Boga, to Xiaomin nie byłaby w stanie napisać tych pieśni.

A jej ojciec powiedział:

- Gdyby napisała dziesięć takich pieśni, to można by rzec, że ma talent. Ale tyle hymnów i pieśni może napisać tylko ktoś pod Bożym natchnieniem.

Hymny i pieśni Xiaomin, znane jako „Hymny Kanaanu," są głęboko zakorzenione w Słowie Bożym i w chińskiej kulturze. Powstało ich już około tysiąca i są śpiewane w różnych Kościołach w Chinach: Katolickim, Protestanckim, a przede wszystkim w niezależnych Kościołach Chrześcijańskich skąd Xiaomin się wywodzi. W zeszłym roku ukazał się czterogodzinny film dokumentalny o ,,domowym Kościele" w Chinach zatytutowany: „Krzyż – Jezus w Chinach” w wersji chińskiej i angielskiej. Tam historia Xiaomin wypłynęła na światło dzienne i poza Chiny. Po raz pierwszy usłyszano o tej skromnej kobiecie, która pod natchnieniem Bożym tworzy pieśni religijne zmieniające życie chińczyków. Ale to też stało się powodem prześladowań. Od momentu ukazania się filmu, Xiaomin się ukrywa.

 

Mój pokój pochodzi od Pana.

Nie znajdziesz go w świecie.

Będę Go wielbiła każdego dnia,

za wspaniałe życie które mi ofiarował.

 

O Boże nasz, Wszechmogący.

To Ty podnosisz nas z prochu.

Nigdy nie będziemy w stanie wystarczająco mówić o twej miłości.

Nigdy nie będziemy w stanie wystarczająco głosić twą prawość.

Któż by Tobie nie dziękował

i nie wielbił Ciebie w tym wielkim kraju.

 

Hymny Kanaanejskie” są darem Boga dla Chin i chrześcijan z tego kraju, gdzie za wiarę w Chrystusa wciąż można zapłacić utratą pracy, wolności, a nawet życia.

 

Eucharystia (Chiny)

Mężczyzna wszedł do bloku i wspinał się na ostatnie piętro. Portier spojrzał na niego podejrzliwie ale nic nie powiedział. Udawał się na do mieszkania, w którym według wszelkich informacji mieszkała nauczycielka języka angielskiego, amerykanka, kobieta po sześćdziesiątce. Już czekała na niego w drzwiach. W mieszkaniu znalazła się także młoda Chinka. Przywitali się bardzo serdecznie. Cała trójka była misjonarzami w Chinach. Mężczyzna był kapłanem, a obie kobiety siostrami zakonnymi. Spotkali się w tym mieszkaniu by rozmawiać o trudnej pracy misyjnej w Chinach i sprawować Eucharystię.

Oficjalna działalność misyjna w Chinach jest nie do pomyślenia. Wszystko musi być uzgodnione z władzami. Nie ma możliwości by otwarcie głosić Słowo Boże. Są misjonarze, którzy za pozwoleniem władz mogą przyjechać na krótki czas do Chin i dać odczyt bądź głosić rekolekcje w seminarium czy domu zakonnym. Ale wszelka inna oficjalna działalność misyjna jest nie do pomyślenia. Ci misjonarze, którzy chcą na stałe pracować w Chinach utajniają swoją tożsamość. Zwykle przyjeżdżają jako studenci języka i chińskiej kultury bądź jako nauczyciele obcych języków. Nie mogą zaangażować się w pracę duszpasterską, a większość z nich woli również unikać publicznych zgromadzeń liturgicznych. Boją się, by nie zostali odkryci i wydaleni z kraju. Ich działalność misyjna ogranicza się do przyjacielskich kontaktów ze studentami i współpracownikami. To na takich nieformalnych spotkaniach dzielą się Ewangelią o miłości Bożej.

Cała trójka wymieniała najświeższe nowiny: kto nowy dojechał, kto znów został zaaresztowany, kto został wydalony. Dzielili się także nowinami o nawróceniach i nowych członkach kościoła. W jednej z parafii w czasie Wigilii Zmartwychwstania Pańskiego było ponad 100 chrztów osób dorosłych. Każda diecezja rejestruje przyrost liczby chrześcijan. Ludzie są spragnieni Boga w Chinach. Ale jest to wciąż kropla w morzu. Gdy podzielono się nowinami, amerykanka nakryła mały stolik białym obrusem. Następnie z lodówki wyciągnęła chleb i odkroiła jedną kromkę. Okazało się, że nie mają już wina, więc poprosiła młodą Chinkę by udała się do sklepu. Gdy Chinka wróciła, usiedli przy stole i rozpoczęli Mszę Św. Mała świeca na stole, mszalik, kromka zwykłego chleba i odrobina wina, przed chwilą kupionego w sklepie... I oni zebrani razem w tym małym mieszkaniu na czwartym piętrze. Powierzyli w niej wszystkich misjonarzy i chrześcijan w Chinach, którzy wciąż ryzykują wiele wyznając wiarę w Chrystusa. Prosili o łaskę, o moc i siłę dla siebie, swych przyjaciół i rodzin. Modlili się za tych, o których wiedzieli, że są w jakiś sposób prześladowani. Modlili się do Tego, któremu zaufali, a który był ich jedyną nadzieją. Eucharystia, chleb z nieba i napój życia, pokarm na drogę do domu Ojca, wzmacniał ich ubogie siły i dodawał im odwagi, by kontynuowali swoją skromną misję pośród tylu ludzi, którzy wciąż nie znają prawdziwego Boga i Tego którego on posłał na świat, Jezusa Chrystusa, Pana Zbawiciela.

 

Biblia (Myanmar/Birma)

Wszedłem na lotnisko w Manili lekko podenerwowany. Moja walizka była wypełniona egzemplarzami Pisma Świętego i zastanawiałem się jak to wwiozę do Myanmar. Wszelki przewóz książek w dużej ilości jest zakazany, a cóż dopiero tyle Biblii. Kazano ni otworzyć bagaż i zapytano, co to jest?

-Pismo Święte – powiedziałem. – Wiozę dla przyjaciół w Yangoon.

- Misjonarz? Dobrze. Proszę jednak się liczyć z problemami.

- Wszystko będzie dobrze. Pan wspomoże.

Wiedziałem, że muszę to przewieźć. Wiedziałem też, że detektory na lotnisku to wykryją. Książek było za dużo, by przeszły przez kontrolę bez zauważenia. A jednak ufałem, że nie będzie większych kłopotów. O Pismo Święte poprosił jeden z biskupów dla swoich wiernych w diecezji. Nie jest możliwe by je wydrukować w tym buddyjskim kraju. Oficjalną religią kraju jest buddyzm, a chrześcijanie są postrzegani jako niższa warstwa społeczeństwa. Trudno jest dostać jakąkolwiek literaturę chrześcijańską, a Pismo Święte jest bardzo cenione. Jest to wpływ baptystów, najliczniejszego kościoła chrześcijańskiego w kraju, gdzie liczba chrześcijan to zaledwie 2% do 3% ogółu ludności.

Lot trwał cztery godziny z przesiadką Bangkoku i był bardzo spokojny. W momencie lądowania moje podenerwowanie wróciło, ale starałem się o tym nie myśleć. Dochodziła 22.00. Zbliżałem się do odprawy celnej, gdy nagle zgasły wszystkie światła. Wszyscy byliśmy w szoku. Stolica kraju, międzynarodowe lotnisko, a tu nagle brak prądu. „Ale heca," – pomyślałem sobie. Wszystko się zatrzymało, ale po jakichś pięciu minutach światło wróciło. Z odprawą celną nie było większych problemów. Gorzej było z moim bagażem. Już z daleka widziałem go naznaczonym biała kredą. Nie było szans, by go przenieść przez kontrolę bagażową bez pokazania co jest wewnątrz. Zatrzymałem się. Wiedziałem, że ktoś na zewnątrz na mnie czeka. Ale jak przejść z tym bagażem? Co ja im powiem, gdy mnie zapytają co to jest i dla kogo te książki? Nagle zauważyłem mężczyznę wchodzącego do strefy kontroli bagażowej. Miał dużą kartkę papieru na której widziałem swoje nazwisko. Podszedłem do niego i się przedstawiłem.

- Szantiraja – powiedział. – Pracuję w diecezji. Zostałem posłany przez biskupa, by księdzu pomóc z tymi książkami. Mam tutaj trochę znajomych, więc nie będzie problemu.

- Całe szczęście, bo muszę przyznać, że się denerwowałem – odpowiedziałem. Wziąłem swój bagaż i poszedłem razem z panem Szantiraja na odprawę bagażową, Kazano mi pokazać co jest w środku. Kobieta wyciągnęła jedną Biblię, przekartkowała i włożyła z powrotem. Szantiraja coś powiedział. Machnęła ręką i mogłem przejść. „I po bólu” – gratulowałem sobie w duchu. Pismo Święte jest najcenniejszym „skarbem” jaki chrześcijanin w Azji może posiadać. Misjonarze Klaretyni posiadają na Filipinach specjalną fundację do wydawania Biblii w różnych językach azjatyckich. W niektórych krajach wierni mogą je kupić w księgarniach katolickich. Ale w krajach takich jak Chiny, Wietnam czy Myanmar jest to praktycznie nie możliwe. Dlatego często trzeba wybierać niekonwencjonalne sposoby, by wierni mogli wejść w posiadanie tej Księgi. Niektóre kościoły chrześcijańskie stworzyły specjalne fundacje i organizacje do propagowania i rozprowadzania Pisma Świętego pośród chrześcijan w Azji. Wielu angażuje się w „nielegalny” przywóz Pisma Świętego do krajów, gdzie jest to zakazane. Na różne sposoby misjonarze starają się by tą Święta Księga była dla każdego dostępna.


Niech przyjdzie Panie Twoje Królestwo (Filipiny)

Basilan jest małą wysepką na południu Filipin w większości zamieszkałą przez mi muzułmanów. Misjonarze Klaretyni prowadza tam misję. Misja oprócz duszpasterskiej działalności dla małej grupy chrześcijan organizuje dużo projektów pomocy socialnej oraz posiada szkołę. Przez wiele lat biskupem w tamtym rejonie był zmarły już o. Carejeta CMF. Był on głęboko oddany misji, a zwłaszcza troszczył się o ubogich. bez znaczenia na ich wiarę. Dla wszystkich muzułmanów i chrześcijan był ojcem i pasterzem.

Był koniec lat siedemdziesiątych. W Filipinach rządy dyktatora Markosa dochodziły do szczytu: wojsko miało pełną władzę i mogło robić co chciało. Którejś nocy bp Carejeta został obudzony słysząc kołatanie do drzwi. Wyszedł na zewnątrz i zobaczył dwie płaczące dziewczynki. Nie chciał wierzyć temu co opowiadały. Żołnierze armii filipińskiej zaatakowali małą wioskę i wymordowali praktycznie wszystkich jej mieszkańców. Im udało się przedrzeć przez las i przyszły do niego, gdyż nie miały innego miejsca gdzie by się udać. Biskup nad ranem udał się do wioski. Wojsko nie chciało go przepuścić, ale on w ogóle nie zważał na ich zakazy. Przyjechał do wioski: wszędzie pomordowane ciała, a nad tym wszystkim unosiło się słońce. Płacząc, upadł na kolana, wzniósł ręce do nieba i pełnym bólu głosem zawołał:

- Panie, niech przyjdzie Twoje Królestwo.

Prawie dwadzieścia pięć lat po tym wydarzeniu fundamentalistyczna muzułmańska grupa wojskowa Abu Sayaf założyła swoją bazę w tropikalnych lasach Basilan i Jolo. W roku 2001 napadła na misję klaretyńską, porywając o. Rodela Gallardo CMF i grupę chrześcijańskich nauczycieli ze szkoły. O. Rodel został zamordowany i wpisany w poczet męczenników Zgromadzenia. Ale jednej nauczycielce udało się uniknąć porwania dzięki muzułmańskim i chrześcijańskim uczniom. Grupa Abu Sayaf wpadła do szkoły gdy uczniowie już byli w klasach. Wchodzili oni do każdej klasy, kazali wszystkim uczniom położyć się na podłodze, a nauczycieli wyprowadzali na zewnątrz. W jednej z klas, uczniowie widząc co się dzieje, powiedzieli swej nauczycielce by weszła pośród nich i udawała uczennicę. Gdy kilku bojówkarzy weszło do klasy i rzuciło rozkaz by wszyscy padli na ziemię, uczniowie wraz z nauczycielką się położyli na podłodze. Na pytanie, gdzie jest ich nauczyciel?, padła odpowiedź: „Jeszcze nie przyszła”. Pani Marii, nauczycielce z Basilan proponowano, po tych tragicznych zajściach, pracę w innym miejscu, ale ona odpowiedziała:

- Te dzieci mnie uratowały. Jeżeli ja odejdę, kto przyjdzie na moje miejsce? One mnie potrzebują i ja zostanę z nimi.

Misja w Basilan jest najtrudniejszą i najniebezpieczniejszą misja klaretyńską na Filipinach. Ale pomimo tylu tragedii i trudnych doświadczeń, misjonarze nie rezygnują z pracy i modlitwy, wierząc, że upragnione Boże Królestwo kiedyś w końcu nadejdzie na tę piękną wyspę filipińską.

 

Lebos (Timor Wschodni)

Jechali trzema samochodami terenowymi. W dwóch pierwszych trzej misjonarze i seminarzyści, w ostatnim – siostry zakonne. Był wrzesień 1999 roku. Uciekali z Timoru Wschodniego do Zachodniego, gdyż armia indonezyjska i bojówki niszczyły wszystko. Większość ludności już się przedostała na drugą stronę granicy, bądź skryła po lasach. Wieści docierały coraz dramatyczniejsze: trzech księży i ponad stu wiernych zamordowanych w kościele w Suai. W Los Palos siostry zakonne i jeden diakon zamordowany. Domy i kościoły palone. Ludzie mordowani we wszystkich miejscach. A wszystko dlatego, że ludzie Timoru Wschodniego w sierpniowym referendum wybrali niepodległość. Teraz płacili cenę wolności. Wściekłość armii i bojówek paramilitarnych nie miała granic. A Kościół był pierwszy na liście odpowiedzialnych za taki wynik referendum.

Bita górzysta droga wiła się pośród lasów. Była pora sucha, więc była przejezdna. Do granicy nie było daleko, jakieś trzydzieści kilometrów, ale czasowo zajmowało to ponad dwie godziny jazdy. Wszystko układało się dobrze do momentu gdy dojechali do Lebos, małej wioski odległej pięć kilometrów od granicy. Zostali zatrzymani przez bojówki paramilitarne. Nie było szans na przejechanie. Ich życie zawisło na przysłowiowym włosku. Gdy zostali rozpoznani przez bojówkarzy jako misjonarze pracujący w tamtych okolicach, rozpoczęły się groźby. Nic nie pomagały próby rozmów. Nic nie pomagała ob