Trzecia konkwista (o. Adam Bartyzoł, Chile)

Poniższy list ukazał się w numerze 16/2009 „Przyjaciela Misji Klaretyńskiej”.

 

Jest lipcowy dzień roku 1535. Konie wybrano – najlepsze jakie były. Na każdego jeźdźca przypadły trzy mantas do okrycia – przewiduje się bowiem, że noce będą zimne, a nawet lodowate. Ogromne skrzynie wypełniono bronią i charqui (suszonym mięsem). Pora deszczu minęła, można więc wygrzać kości na zapas. Po mieście krążyła tajemnicza nowina, która wymknęła się z koszar: 500 żołnierzy czyni ostatnie przygotowania do wielkiej wyprawy.

Nie ma to być przygoda, w wojsku o przygodach w ogóle nie może być mowy: to prawdziwa konkwista krainy Chili, czyli krainy na końcu świata o rzekach podobno „złotem i srebrem” płynących, o której snuje się niekończące się opowiadania, mrożące krew w żyłach i wyzwalające żądze wzbogacenia się. Kapitan Diego de Almagro w końcu dał ekspedycji sygnał do opuszczenia miasta Cusco, leżącego pośród malowniczych wzgórz u podnóża bezkresnej peruwiańskiej puszczy.

Wyprawa podążyła na południe, wzdłuż wielkiego pasma gór. Trzeba było przemierzyć około 3000 km, by w końcu stanąć przed ścianą wysokich Andów i próbować „przebić się” na drugą stronę skalistej kurtyny. Śnieg i mróz zdziesiątkowały tysiące Indian, padły setki zwierząt towarzyszących ekspedycji. Została garstka śmiałków na koniach, którym udało się dotrzeć w głąb nieznanej krainy. Rozczarowanie było wielkie: nie było wymarzonego złota ani bogactw. Trzeba było wracać na północ. Wybrano inną drogę, ale była ona równie trudna jak poprzednia. Natura nie dawała się pokonać: tysiące kilometrów piachu, zabójczo skrajne temperatury, które zamieniały człowieka w suchy rzemień, jak wędzidło konia lub sopel lodu z Aconcagua. Pustynia Atakama walczyła z obcymi jeźdźcami.

Tak mniej więcej można byłoby opisać historyczne wydarzenia związane z odkryciem i podbojem nowej krainy w Ameryce Południowej, jaką było Chile. Nikomu wtedy nawet się nie śniło, że historia zatoczy koło i w pięć wieków później najbardziej sucha na świecie ziemia, pustynia Atakama, znów zostanie podbita, tym razem przez jeźdźców na „stalowych rumakach”, którzy pozostawią na niej nie tylko ślady kół swych maszyn, ale przede wszystkim ślad własnego samozaparcia, odwagi, śmiertelnego wysiłku i pasji, co dla niektórych oznaczało otarcie się o śmierć.

Taki jest finał wielkiego sportowego wydarzenia roku: Dakar 2009, którego początki i 30-letnia tradycja wiążą się z kontynentem europejskim i afrykańskim. W ostatnich latach pojawiło się wiele problemów w wyścigu, łącznie z zagrożeniem życia sportowców, dlatego postanowiono poszukać innego miejsca, które odpowiadałoby wymaganiom wielkiej światowej gonitwy. Chyba nie trzeba było szukać długo, choć daleko na pewno. Pustynia Atakama w Chile i przylegająca do niej kraina po drugiej stronie wysokich Andów, w Argentynie, nadawały się idealnie do tego celu.

Dakar 2009. W mediach codziennie odmierzano czas do wyścigu. W końcu zegar dotknął wskazówką godziny „0”, co oznaczało start. Ruszyła cała „maść” metalowych koni: czteroślady, motocykle, samochody i ciężarówki. Jedni prześcigali się z drugimi. Miejsca w czołówce zmieniały się jak kurs wiatru na pustyni. Przez „satelitarne oko” cały świat mógł podglądać „swoich” odważnych chłopaków, choć nie tylko chłopaków.

Miasto Copiapo, gdzie przypadło mi żyć i pracować, było wyjątkowo podekscytowane. Podawano sobie z ust do ust wiadomość, która napełniała nas dumą: „Będziemy mieli Dakar!”. Wprawdzie dla nas lepiej brzmiałoby raczej: "Będziemy mieli Atakamar", ale nikt nie walczył o nazwę. Najważniejsze, że wreszcie świat zauważy nas, żyjących tu, na pustyni, pod najbardziej rozchmurzonym niebem na świecie, u podnóża najwyższego wulkanu świata Ojos del Salado, wśród „Złotych i miedzianych”" gór, z największą na świecie kopalnią odkrywkową, no i w końcu, najbardziej suchą ziemią, gdzie deszcz spada raz na osiem lub dziesięć lat. My, ludzie pustyni i gór, chcieliśmy być świadkami wielkiego światowego wydarzenia. I tak też się stało.

Jest słoneczny styczniowy poniedziałek. Żar leje się z nieba. Popołudnie. Kończę ostatnie drobne sprawy. Nie mogę się doczekać, by wskoczyć w samochód i podjechać po moich przyjaciół. Musimy przecież zobaczyć Dakar. W radio z trudem wymawiano zawile brzmiące nazwiska pierwszych sportowców, którzy już pojawili się na mecie.

- Pucha – powtarzałem. – Pucha!

Co w wolnym tłumaczeniu mogłoby znaczyć „kurcze”. Znów za późno. Chyba już jestem Chilijczykiem – dla nich późno i potem, to jak teraz. Czapka na głowę, do ręki jakieś smarowidło na skórę dla ochrony przed słońcem (to nieodłączne w naszych warunkach, jak Biblia), aparat fotograficzny i butelka wody mineralnej Cachantún. Podniecenie wzrasta, bo może uda się zobaczyć mis patriotas, czyli moich ziomków. Wspominałem tutejszym znajomym o Krzysztofie Hołowczycu i Jacku Czachorze: znani, odważni, dobrzy..., co tu mówić: bardzo dobrzy. Priscilla i Jesús, córka i syn Joaquina (jednego z diakonów z mojej parafii) pytają o numery polskich sportowców. Nie mam pojęcia.

- No to, jak ich poznasz?

I masz ci babo... Może jakoś poznam...

Dojeżdżamy na miejsce. Pierwszy skręt z głównej drogi. Robi się ciasno. Samochody ocierają się o siebie. Chyba tu wszyscy się spóźnili. Nie jest więc tak źle! Lepiej późno, niż wcale. Jeszcze parę kilometrów w stronę góry Imán, tam jest meta i baza (campamento). Robi się coraz ciaśniej. Ruch zostaje wstrzymany. Może jesteśmy na miejscu?

- Pucha – ktoś wypowiada z przejęciem i rezygnacją.

Przed szybą samochodu pojawia się nagle ręka carabinero (policjanta) w zielonym mundurze i wysokich butach, powiedziałbym – oficerskich. Zmusza nas do zaparkowania. Dalej się nie da. Skończyła się przygoda? I to wszystko? Niemożliwe! Jakiś jeden i drugi samochód oblepiony numerami i reklamami usiłuje przebić się przez tłum gapiów, którzy odważnie wyskakują na jezdnię i zatrzymują „stalowe maszyny”. Domyślamy się, że to sportowcy, którzy wjeżdżają do bazy. Widzimy ją w oddali, parę kilometrów od nas. Tam nikt nie ma dostępu. Sfrustrowani wracamy do domu. I to ma być Dakar 2009?

Jutro kolejny dzień wyścigu. Sportowcy robią pętle po pustyni i wracają do tej samej bazy w Copiapo. Nie dajemy za wygraną. Trzeba coś zrobić, by nie przepuścić takiego wydarzenia.

Sebastian, wnuk Joaquina, podpowiada mi, że najpierw musimy odszukać numery polskich sportowców, chilijskich znaliśmy na pamięć, nawet Chaleco Lopez szło nieźle w rajdzie. Zanurzyliśmy się w internecie. Polskie strony „brzmiały” mi bardzo swojsko. W końcu udało się poznać i twarze, i numery pojazdów. Odbieram telefon. To siostra Julia – też z mojej parafii, fanatyczka tego rodzaju sportu. Opowiadam jej o fiasku wyprawy. Do jutrzejszej dołącza się także i ona. Studiujemy trasę. Jak dotrzeć do bazy, jak ominąć „zielonych straszaków”.

Kto dołącza się dziś do naszej ekipy? Zanim pojawiło się pytanie, Matías, wnuk Joaquina, już prawie siedzi w samochodzie. Chętnych jest wielu i dla wszystkich znajduje się miejsce. Nasza grupa przypomina puszkę sardynek, choć tu u nas może raczej należałoby mówić o piasku w klepsydrze. Musi się udać. My, jak sportowcy, nie damy się dziś pokonać. Po drodze kamuflujemy się, by nie płacić przypadkowo parte (mandatu), jedzie nas chyba troszeczkę za dużo. Omijamy straże. Kierujemy się bocznymi drogami, coraz bliżej znanej nam już góry magnesowej (Imán). Okrzyk radości, gdy widzimy campamento. Jest sporo ludzi. Chyba nadawaliśmy na tych samych falach. Każdy szuka dogodnego miejsca. Pagórki i wzgórza są najlepszym miejscem widokowym. Powiewają nasze flagi – chilijskie do złudzenia przypominają polską. Nikt za bardzo nie wie, kiedy zacznie się „spektakl”. Czekamy w napięciu.

- A meta? - pytamy jeden drugiego

Ktoś z tłumu, podsłuchując, w odpowiedzi wskazuje palcem horyzont:

– „Daleeeeeeko. Tam, będzie gdzieś ze 3 km.

Nooo nie! Nie tak miało być! Znów odzywa się rozczarowanie.

Ktoś rzuca hasło:

- A dlaczego my nie na mecie?

- Ale jak? – inny usiłuje poprawić.

- Po prostu, vamos! Idziemy!

Omijając szerokim łukiem carabineros, prosto, prosto, wedle bucków..., i już jesteśmy na prostej. Matías potyka się o kamienie. Dziś nie wolno mu płakać ani narzekać, że jest mały i nie może. Sam tego chciał! Słońce pali nielitościwie, a to już piąta po południu. Napięcie rośnie. Meta. Nareszcie!

Krzyk grupki widzów w oddali – im udało się podejść jeszcze bliżej. Nadjeżdża pierwszy zawodnik. Ciągnie się za nim ogromny ogon pyłu i kurzu. Małe tornado. Nie widać nawet numeru. Kolorowy kask mieni się w słońcu. Nie ważne skąd, ważne przecież dokąd. Nareszcie jest! To chyba Francuz. Obsługa zatrzymuje zwycięzcę tego etapu. Sprawdzenie czasu, mała rewizja czytnika GPS, jakieś krótkie instrukcje. Odznaczony. Następny proszę!

Gapie, a my wśród nich, usiłują znaleźć dogodne miejsce, by zrobić zdjęcie. Tu każdy czuje się zawodowym fotografem. Ktoś krzyczy, wskazując palcem przed siebie – daleko na horyzoncie, na wzgórzu obsypanym piachem, pojawia się kilku następnych zawodników. Niesamowite! Potrafią zjechać z tej góry, po tych wydmach piachu? Przecież to nie zjazd na nartach?. A jednak! To sztuka – nie ma sobie równych. Czarny helikopter krąży nad nami, zwiastując, że w pobliżu jest wielu innych, którzy w końcu „odszukali” metę.

W rzeczy samej, to nie takie proste. Nawigacja satelitarna GPS niezwykle pomaga odnaleźć się na ogromnej przestrzeni, zwłaszcza pustynnej, ale zawodzą czasami ludzie i umiejętności odczytywania. Wielu zawodników się gubi. System nie potrafi jednak przewidzieć niektórych niebezpieczeństw. Nasza pustynia jest miejscami skalista, to wielkie utrudnienie dla zawodników. Wywrotki, nieraz z ciężkim potłuczeniami, nie są rzadkością. Motor można łatwo rozwalić, urwać koło w samochodzie lub po prostu przekoziołkować, spadając z urwiska. Jest też dużo zasadzek. Pustynia Atakama ma wiele „dziur” pogórniczych – a tego nie wykryje satelita. Wspiąć się dwuśladowcem po piachu na wysokość 1000 m, to też nie lada sztuka. Jeden z zawodników – opowiadał mi znajomy – zakopał się w piachu „po ramę” motorem, zrobił kilka przewrotek i całym impetem uderzył w skalną ścianę. Widzowie rzucili się na pomoc. W oczach zdezorientowanego zawodnika pojawił się strach. Podskoczył do swojego pojazdu i objął go w pół, jak w miłosnym uścisku. Patrzyliśmy w zdumieniu. Ktoś zrobił przyjazny gest ręką. Okazało się, że zawodnik przestraszył się, że ludzie ukradną mu motor, jak to zdarzało się niejednokrotnie w Afryce.

Na metę dojeżdżają następni „jeźdźcy”. Po półgodzinnym wyczekiwaniu w napięciu Priscilla zauważa numer 82. Krzyczy z zachwytu:

- Adam, Adam, el polaco, el polaco.

Gnam w stronę mety. Robię zdjęcie w biegu. Zauważam na motorze napis: Jakub Przygoński. Pod sercem robi się cieplej. To rzeczywiście Polak. Przebijam się prze tłum. Robię trzy kroki w stronę sportowca.

- Dzień dobry Panie Jakubie. Jak się jechało? – wołam, by usłyszał mnie w gwarze silnika motoru.

- Dzień dobry – odpowiada znajomą polszczyzną.

Patrzy na mnie z niedowierzaniem. Jeden z organizatorów podchodzi zamaszyście i wyrzuca mnie. - Nie wolno!

Jakub zdążył jednak zawołać:

- Proszę poczekać! Spotkamy się za chwilę!

I rzeczywiście, w chwilę później podjeżdża do nas, oczekujących cierpliwie. Tu, nie ważne, jakiej „maści” jest koń i kto go powodzi, ważne, że można zrobić zdjęcie i dotknąć zakurzonego kombinezonu, pozdrowić w swoim języku, bez oczekiwania na odpowiedź. To bohaterowie dnia. Nic więc dziwnego, że takie reakcje wyzwalają.

- A co pan tu robi - pyta Jakub Przygoński.

- Mieszkam, żyję!

- Naprawdę?

- A jak się jechało?

- Bardzo ciężko, trudniej niż w Afryce.

Priscilla za wszelką ceną usiłuje zrobić sobie zdjęcie z rubio, czyli blondynem. Tacy mają tu powodzenie? Nie ma więcej czasu na pogaduszki. Czekają w bazie. Trzeba odpocząć. "Adiós!".

Z kolejnym kilkuminutowym opóźnieniem na metę dociera Jacek Czachor. Manewr pozdrowienia robię taki sam. Zareagował podobnie zdziwieniem, choć wyraźnie był bardzo zmęczony i nie miał ochoty ani sił na „Polaków rozmowy”.

Zrobiło się bardzo późno. Prawie trzy godziny jesteśmy już w wirze sportowej pasji. Każdy zawodnik pojawiający się na mecie wywołuje nowe emocje. Widok docierających do celu wyzwala radość. Ale gdzie jest nasza gwiazda, Hołek? Moi przyjaciele wracają już do domu. Ja nie daję za wygraną. Zostaję z innymi. Długo nie muszę jednak czekać. Jest! Krzysztof Hołowczyc. Samochód Nissan wjeżdża całym impetem na linię mety. Dostrzegam na samochodzie wyraźną reklamę "Orlen", nazwisko Polaka i jego pilota, Belga, z którym stale jeździ – stanowią dobrą parę. Organizatorzy pozwalają mi teraz już bez problemu zbliżyć się do auta. Hołowczyc ciężkimi ruchami zdejmuje kask. Na twarzy widnieje zmęczenie. Robię kilka zdjęć. Patrzy w moja stronę, choć nie dziwny mu widok flesza. Pozdrawiam go po polsku. Tu zdziwienie wzrosło kilka stopni. Przedstawiam się, że jestem księdzem, misjonarzem. Podaję rękę na powitanie. Miłym gestem i uśmiechem odwzajemnia się.

- Szczęść Boże księdzu.

A potem już te same pytania: „Co tu ksiądz robi?” itd. Rozmowa krótka, ale sympatyczna. Opowiada, że był to etap śmiertelnie trudny, coś mu się zepsuło w samochodzie, stracili sporo czasu, ale najważniejsze, że jadą dalej. Rzeczywiście, najważniejsze, że jadą dalej. Życzę mu szczęścia i daję błogosławieństwo na drogę. Uśmiecha się i dziękuje. Potem dowiemy się, że nie wszystkim w tym dniu się poszczęściło. Jeden z Hiszpanów uległ poważnemu wypadkowi. To kolejna już ofiara wyścigu.

Zapada zmrok. Po omacku szukamy drogi powrotnej. W świetle reflektorów docierają do mety ostatni już zawodnicy. Jutro kolejny etap, choć dowiemy się potem, że organizatorzy odwołają go ze względu na trudne warunki atmosferyczne po stronie argentyńskiej. Andy zawodnicy przejeżdżają więc „spacerkiem”, podziwiając piękno tutejszego stworzenia. Żaden z nich chyba nawet nie domyśla się, że jako współcześni jeźdźcy pokonują na swoich „stalowych rumakach” tę samą drogę, którą ongiś, w XVI wieku, pokonali pierwsi konkwistadorzy Ameryki Południowej. Ich konkwista jest już trzecią, bo druga jest ta, której przyświeca wielki na chilijskim niebie Krzyż Południa, który nie tylko wskazuje rybakom drogę powrotu do domu, nie tylko wyznacza zmęczonym górnikom czas spoczynku, oświetla ścieżki pustynnym wędrowcom, pomaga przetrzymać chłód mroźnego południa, a tysiącom rodzin przypomina, że skończył się kolejny trudny dzień, lecz przede wszystkim pozwala WIERZYĆ, że KRZYŻ CHRYSTUSA ostatecznie w naszych zawodach zwycięży.

o. Adam Bartyzoł CMF