Polska jak Chile, Po katastrofie smoleńskiej (o. Adam Bartyzoł, Chile)

Poniższy list ukazał się w numerze 19/2009 „Przyjaciela Misji Klaretyńskiej”.

 

Jak zwykle już jest po północy. Dziś padam na pysk. Miałem 4 Msze, modlitwy na cmentarzu i inne jakieś jeszcze zobowiązania po południu. Niedziela wypełniona po brzegi, ale to nie dramat, tak powinien ją przeżywać przecież misjonarz, prawda?

Wyczerpała mnie jednak atmosfera. Prawie na każdej Mszy ryczałem jak małe dziecko. Na dwóch „zapomniano” wspomnieć Polskę, co mnie strasznie bolało. Nie przypominałem im tego. Może brak informacji, choć w TV chilijskiej w wiadomościach się o tym też mówiło i mówi. Ja więcej dowiadywałem się z kanałów zagranicznych, do których ludzie w większości nie mają dostępu. W innych kaplicach na Mszy dzieliłem się z nimi tym, co czuję i co czują dziś Polacy. Uściski, łzy w oczach, podobnie jak i w moich, słowa pocieszenia i kondolencje. Musiałem mocno ściskać pięści i ukrywać twarz, by nie pokazywać, jak bardzo to wszystko przeżywam. Nie zapomnę do końca życia słów Joaquina, diakona. Pojechałem do jego rodziny w sobotę, po spotkaniu z kandydatami do diakonatu. Czekali na mnie wszyscy, cała jego rodzina. Wyszli na ulice. Ściskali mnie tak mocno, że brakowało mi tchu, łzy mieli w oczach. Dzieciaki nie rozumiały wszystkiego, ale robiły to samo. W domu paliła się świeca przed obrazem Pana Jezusa i obrazkiem Matki Bożej Częstochowskiej, który im kiedyś podarowałem. Mały Mateusz nie grał na komputerze, jak robi to zwykle. Wciąż powtarzali: „Jesteśmy z tobą, tak jak ty, jesteś z nami”.

W niedzielę po trzeciej Mszy, które mnie strasznie wyczerpały psychicznie, pojechałem do nich na obiad. Joaquin rozpoczął modlitwy przed jedzeniem. Wtedy wypowiedział znamienne słowa, które dotknęły samego dna mojej duszy:

- To, co przeżywa dziś cala Polska i co przeżywasz ty Adam, pozwala nam, Chilijczykom, czuć się bardziej Polakami, tak, jak ty czujesz się wśród nas Chilijczykiem. Byłeś z nami i jesteś z nami, a my jesteśmy z tobą.

Głowa mi pękała z bólu, już nie miałem do czego wycierać łez.

Przed pierwszą Mszą o 9.30 dostałem SMS-a z Barcelony, od mojego przyjaciela Sebastiana. Informował mnie o tym, że jest transmisja w TV hiszpańskiej z przyjęcia zwłok Prezydenta. Znalazłem transmisję bezpośrednią na kanale CNN. Ryczałem jak bóbr. Miałem nadzieję, że zostanę i oglądnę przynajmniej część. Jak nigdy diakon nie pojawił się w kaplicy, chciałem mu zlecić bowiem odprawienie liturgii. Nie było innego wyjścia, musiałem zostawić transmisję i udać się na Mszę. Po niej wskoczyłem jeszcze raz do domu, by towarzyszyć Prezydentowi w jego przejeździe z lotniska do pałacu.

Po południu ostatnia Msza o 19.00 zwaliła mnie z nóg. Salka pękała w szwach. Polska flaga, która wychodziła z rąk figury Matki Bożej. Minuta ciszy w imieniu wszystkich Polaków. Stałem w milczeniu i już wiedziałem, że nie będę mógł odprawić tej Mszy spokojnie. Rozpoczęliśmy. Pozdrowiłem moich wiernych i się rozpłakałem. Długo płakałem. Joaquin ratował sytuacje, zaczął mówić za mnie, a potem uściskał mnie kilkakrotnie, szepcząc mi, że mnie kocha i że jest ze mną, jak wszyscy inni. Uspokoiłem się w końcu. Opowiedziałem im o Katyniu i całej historii, która do tej zbrodni doprowadziła. Milczenie i cisza przeszywały miejsce modlitwy. Nikt się nie odzywał. Wszyscy wpatrzeni byli we mnie, jak w ekran niemego filmu. Mówiłem im, że to prawdziwe trzęsienie ziemi dla Polski. Wspomniałem też wypowiedź pewnej kobiety, z innego sektora, która przypomniała mi i zebranej wspólnocie, że po trzęsieniu ziemi w lutym często porównywałem Chile z Polską; narody, które tak wiele łączy, przede wszystkim droga cierpienia. Dwa trzęsienia, które nie maja sobie równych w historii. Dwie misje, które wpisują się w nasze dzieje i których chyba jeszcze nie jesteśmy w stanie ani odczytać do końca, ani wypełnić…

Czuję się strasznie zmęczony. Nie chciałbym już widzieć więcej ni łez, ni bólu, ani w telewizji, ani na ulicy. Chciałbym zamknąć oczy i zobaczyć, że ludzie się uśmiechają do siebie, i że świeci słońce. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie jutro, tzn. dziś jeszcze, rano. Chciałbym usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego zamiast pogrzebowego marsza. Ale też już wiem, że zamiast tego wszystkiego usłyszę szczekanie wałęsających się po ulicy psów i wołanie mleczarza, jakby chciał mi powiedzieć, że wielkość i znaczenie życia jest w małej codzienności, a nie wielkich wydarzeniach, które zwalają z nóg, a potem, gdy się powstanie, i tak kierują się w swoją stronę.

Kładę się spać. We wtorek w nocy jadę do Santiago. W środę będę uczestniczył we Mszy, którą odprawi kardynał z polskim ambasadorem, chilijskimi władzami (nie wiem, kto się pojawi) i pewnie wieloma Polakami. To wszystko, co w tej chwili mogę zrobić dla Ojczyzny, oprócz tego, że ją jeszcze bardziej kocham... I kocham też drugą moją Ojczyznę, i tak już zostanie...

Pozdrawiam. Dziękuję. Błogosławię.