'Narodil se Kristus Pán', czyli Kolęda po czesku (o. Krzysztof Stawicki, Czechy)

Poniższy list ukazał się w numerze 8/2007 „Przyjaciela Misji Klaretyńskiej”.


Kolęda jako duszpasterska wizyta rodzin jest głęboko wpisana w rzeczywistość Kościoła w Polsce. Oczekiwane odwiedziny kapłana, pasyjka na białym obrusie, wspólna modlitwa, poświęcenie mieszkania i choćby krótka rozmowa, to nieodłączne atrybuty tego wydarzenia.

Inaczej wygląda to w Czechach. Praktyka ta jest prawie zupełnie nieznana, ale wraz z Ojcem Andrzejem postanowiliśmy zaryzykować i zaproponować ją naszym wiernym. I tak po raz pierwszy w parafii św. Macieja w Pradze po Bożym Narodzeniu 2005 ruszyliśmy na kolędę. Nie chodziliśmy od domu do domu. Odwiedziliśmy rodziny, które zgłosiły się w kościele na listę. Ich liczba nie była jakaś zatrważająca: 12. Należy jednak wziąć pod uwagę, że tutejsi wierni nigdy wcześniej nie przeżyli takiego doświadczenia. Było to dla nich absolutne novum.

W mieszkaniach z reguły nie czekała nas ani pasyjka ze świecami ani święcona woda. Czekały za to wspaniałe rodziny, które miały poczucie odświętnego charakteru tej wizyty. Serdeczność i życzliwość witały nas już na progu każdego mieszkania. Właściwie był to cały wieczór spędzony w takiej rodzinie, bowiem jednego dnia odwiedzaliśmy tylko jedna rodzinę. Spotkanie zaczynało się w największym pokoju w domu (czasami najlepsza na to była obszerna kuchnia) od modlitwy zakończonej wspólnie odmówionym „Ojcze nasz”. Potem następowało poświęcenie domu przyniesioną przez kapłana wodą święconą, by w końcu zasiąść przy wspólnym stole. Wspólnemu posiłkowi towarzyszyła długa spontaniczna rozmowa, w której wierni mówili o sobie, ale także żywo interesowali się życiem swego kapłana czy jego misjonarską drogą. W jednej na przykład rodzinie lekarza dowiedziałem, że w latach 70-tych, w związku z istniejąca sytuacja polityczną, jego rodzina bardzo poważnie myślała o emigracji na Zachód. Rozeznanie jednak w wierze tej sytuacji zdecydowało o powstrzymaniu się od tego kroku. Gdzie indziej poproszono mnie o wspólna modlitwę przed spoczynkiem małych dzieci i musiałem się rumienić, z powodu słabej znajomości modlitwy do Anioła Stróża w języku gospodarzy.

Każde spotkanie było doskonałą okazją do postawienia wielu pytań i znalezienia na nie odpowiedzi. Mnie osobiście dostarczyło też wielu powodów do zbudowania w wierze, bowiem niejednokrotnie nasi parafianie to swoiste wyspy chrześcijaństwa w bardzo zsekularyzowanym świecie. Miałem wrażenie, że są swego rodzaju kwasem Bożym, który niepostrzeżenie zakwasza całe ciasto. Z drugiej strony było to chyba też ubogacające doświadczenie dla rodzin, mogących mieć poczucie, że poprzez obecność kapłana, Kościół im towarzyszy w życiowych zmaganiach.

o. Krzysztof Stawicki CMF