Mayanamar: tracą nadzieję, że będzie lepiej (o. Piotr, Mayanmar/Birma)

Poniższy artykuł ukazał się w numerze 3/2005 „Przyjaciela Misji Klaretyńskiej”.

 

Podłączyłem się do internetu i próbowałem otworzyć Yahoo. Chciałem sprawdzić, czy coś wpłynęło na moją skrzynkę. Nic z tego. Nie dało się otworzyć. Sprawdzałem więc inne strony internetowe. Żadnej nie udało mi się otworzyć. Witaj w Myanmar, w kraju złotych pagód, bogatym w źródła naturalne i utalentowanych ludzi, ale mającym rząd, który go niszczy.

Żadna z popularnych stron internetowych nie jest dostępna. Możesz mieć swoją skrzynkę internetową w portalu, który jest pod kontrolą rządu. Ale uważaj co piszesz. Gdy tylko zaczniesz dzielić się z przyjaciółmi opinią na temat sytuacji politycznej, twój e-mail będzie zablokowany, a twoja skrzynka zamknięta. Nawet linie telefoniczne są na podsłuchu. Rząd wojskowy ma bzika: chce wszystko mieć pod kontrolą. Wytyczyli sobie jedno zadanie: trzymać kraj w izolacji, jak to tylko możliwe. Zadanie niewykonalne w naszym zglobalizowanym świecie. A jednak, trzeba przyznać, że im się to udaje nadzwyczaj dobrze: wszystkie możliwe środki komunikacji są pod kontrolą; szpiedzy są rozesłani po całym kraju; a większość ludzi traci nadzieję, że sytuacja może się poprawić.

Ten region został tragicznie doświadczony przez Tsunami, które zabiło ponad 200 tys. ludzi. Na szczęście Myanmar nie był bardzo doświadczony. Ale gdy porozmawiasz na ulicy z ludźmi, to powiedzą ci, że ich własny rząd jest jak tsunami. Ktoś skomentował w mojej obecności: ,,My nie doświadczamy kataklizmów naturalnych: tajfunów, czy trzęsień ziemi. Jedynym kataklizmem jest nasz rząd”.

Myanmar jest w pełni kryzysu edukacyjnego i służby zdrowia. Nauczyciele zarabiają miesięcznie około 10 USD. Nic dziwnego, że nie chcą uczyć. Każdy uczyń powie ci, że aby się czegoś rzeczywiście nauczyć, on (ona) musi udać się na prywatne lekcje do tego samego nauczyciela, któremu się nie opłaca uczyć w ciągu wyznaczonych godzin szkolnych. Sytuacja jest bardziej ciekawa, gdy chodzi o uniwersytety. Rząd tak się boi wszelkich zgromadzeń studenckich, że roczniki studiują w różnych miejscach stolicy Yangoon. Studenci z tego samego rocznika są podzieleni na mniejsze grupy i przychodzą na zajęcia w odrębne dni tygodnia. Powód jest bardzo prosty: im mniejsza grupa studentów, tym mniejsze niebezpieczeństwo demonstracji antyrządowych. Nikt też zbytnio nie przykłada wagi do dyplomów, wiedząc, że poziom edukacji jest bardzo niski, a dyplom można uzyskać za pieniądze. Lepiej dla rządu, gdy ludzie są nie wykształceni, gdyż łatwiej się nimi rządzi.

Zapytałem o sytuację szpitali i służby zdrowia. Ludzie tylko wzruszają ramionami. Przepisane lekarstwa musisz kupić na czarnym rynku, ponieważ nie są dostępne w szpitalach. Ci, którzy mają środki udają się do kilku prywatnych szpitali, gdzie opieka zdrowotna jest znacznie lepsza. Ale gdy tylko się udasz na prowincję, możesz zapomnieć o służbie zdrowia. Bardzo mało punktów zdrowotnych czy klinik działa na prowincji. Ludzie leczą się przy pomocy ziół i poddają sie rytuałom religijnych, które maja przynieść zdrowie. Najlepsza rzecz jaka cię może spotkać w tym kraju, to nie zachorować.

Wojna partyzancka wciąż się toczy w przygranicznych prowincjach. Nie ma dostępu do tych miejsc. Tylko od ludzi, którym udało się stamtąd wydostać, usłyszeć można o przestępstwach dokonywanych przez wojsko.

Z kilkoma osobami, udałem się na prowincję. Jechaliśmy drogą, która była w trakcie budowy. Nie zobaczyłem tam zbyt dużo maszyn. Co natomiast widziałem to młode dziewczyny i dzieci. Okryte od stóp do głów z powodu żaru lejącego się z nieba, przenosiły kamienie i piasek. Praca dzieci jest czymś normalnym w tym kraju. Rodzinom bardzo trudno wiązać koniec z końcem, więc każda „ręka” jest potrzebna, by choć trochę zarobić. Nikt nie trzyma tutaj pieniędzy w bankach. Ludzie ubodzy trzymają swoje ciężko zarobione pieniądze (jeżeli je mają) w domach. Klasa średnia i bogaci otwierają konta bankowe w sąsiednich krajach: w Tajlandii, bądź Hong Kongu.

Wszyscy zadają sobie pytanie jak długo potrwa taka sytuacja. Nie ma odpowiedzi. Ludzie tracą nadzieję. Ruch na rzecz demokracji został praktycznie uciszony, a jego lider Aung San Suu Kyi jest w areszcie domowym. Wojskowi wydają się być z każdym rokiem pewniejsi swej władzy i siły. Opanowali praktycznie cały kraj, niszcząc jakiekolwiek przejawy oporu czy protestu. Nawet Buddyzm, oficjalna religia tego kraju, nie niesie dobrej nowiny. Ludzie płacą za grzechy popełnione w poprzednich wcieleniach (życiach), więc nic się nie da zrobić. Jedyna rzecz jaka pozostaje tym ludziom, to zaakceptować ich los i mężnie go znosić. A robią to z godnością.

o. Piotr CMF