Matka Boża Candelaria (o. Adam Bartyzoł, Chile)

Poniższy list ukazał się w numerze 16/2009 „Przyjaciela Misji Klaretyńskiej”.


Gdy znajdziesz się w takim miejscu, w jakim ja się znalazłem – a jest to środek pustyni Atakama w Chile – uderzy cię nie tylko widok piachu, wzgórz i prażącego słońca, ale także to, co wydaje się pustynnym kontrastem, szokiem dla „ascetycznej” natury, „hybrydą” ludzkich pragnień i dążeń. Tych zaś jest całe mnóstwo, podobnie jak wszędobylskiego u nas piasku. Mocnym ich przejawem są wydarzenia, które ożywiają całą naszą społeczność, wszystkich tutejszych mieszkańców – atakameńczyków.

Oto bowiem dwa razy do roku, w październiku i lutym, tysiące wiernych z pobliskich osiedli, dalszych okolic, a nawet odległych osad górskich pielgrzymuje do Copiapó, do naszego sanktuarium Maryjnego Matki Bożej "Candelaria" (candela – świeca). Jest to publiczny przejaw ich pobożności, która „płynie” w ich indiańskiej krwi. To dziedzictwo wiary przekazywanej z pokolenia na pokolenie, którego początków należy upatrywać w odległej historii podboju Ameryki Południowej.

Kościół w Chile, podobnie zresztą jak i w całej Ameryce Południowej, jest Kościołem młodym, istniejącym od niespełna pięciu wieków. Burzliwe dzieje historii tego kontynentu, włącznie z prześladowaniami i przelewem krwi za Jezusa Chrystusa, umocniły w wierze i wierności tutejszych ludzi. Wciąż jednak czują się jak uczniowie idący do Emaus, którym potrzeba obecności Mistrza, by stać się prawdziwymi Jego świadkami. Pomaga im w tym od samego początku Najświętsza Maryja, którą czczą jako Matkę. Czują się Jej synami. Pobożność maryjna jest częścią ich życia. Wyrażają ją na różny sposób, najbardziej jednak w śpiewie i tańcu. Ta forma religijności ludowej stała się już częścią ich narodowej kultury. Maryja jest tu jak Pachamama – Matka Ziemia, która jest ziemią tak świętą, że na kolanach i w uwielbieniu trzeba po niej stąpać.

I tak się właśnie dzieje, gdy nadchodzi dzień wielkiego święta „Candelaria”. Wszyscy długo się do niego przygotowują – bywa że i przez kilka miesięcy. Jednym miesiące te potrzebne są do przypomnienia sobie o obietnicach, jakie złożyli Maryi – dziś trzeba je bezwzględnie wypełnić, nawet gdyby trzeba było przejść w ofierze kilkadziesiąt kilometrów, spać na gołej ziemi, czekać i modlić się przez cały upalny dzień czy przetańczyć kilka godzin w rytmie bębnów i drewnianych fujarek. Owe rytmy ożywiają tych, którzy należą do religijnych grup tanecznych. Jest ich tu cała gama. Różnią się nazwą, strojami, właściwym rytmem kroków i ekspresji. Przypominają tancerzy z brazylijskiego karnawału. Lecz nie chodzi tu o zabawę. Przyświeca im całkiem inny cel – prawdziwie wzniosły, zbożny, by nie powiedzieć niebiański. Tańcem swym „wypowiadają” to wszystko, z czym przyszli do Matki – radość i ból, smutek i nadzieję, troskę i uwielbienie. W ich pełnych uniesienia oczach odbija się cały ich świat, często zamykający się w granicach problemów ich codziennego życia, walki o godność, sprawiedliwość i powszedni chleb. Tu, w atmosferze świątecznych śpiewów, pachnącego wosku świec, głośnego „zawodzenia” instrumentów chcą zapomnieć choć na chwilę o swoim trudnym życiu, swoich kłopotach, zatapiając się w przestrzeni religijnych uniesień.

Dla innych, ten czas, to czas „zbliżenia” – praca, rodzina, mijające dni, miesiące i zwykła ludzka ułomność potrafią oddalić nawet od tego, co najświętsze. Dla nich Maryjne święto to dobra okazja, by „dotknąć świętości”. A więc spowiedź, modlitwa, zapalenie świecy, a potem dotknięcie figury Mamita (mamuśki) – nie potrzeba więcej rytów. To wystarczy, by znów stać się „maryjnym”. Resztę uzupełni Pachamama.

Kończy się dzień. Słońce schowało się już za horyzontem. Czas pożegnać się z Matką. Ostatnie spojrzenie w Jej oczy, by zatrzymać „błysk życia” i szeptem wypowiadane słowa ostatniej modlitwy: „Dziewico Maryjo, Matko Boga! Wysłuchaj naszego błagania, błogosław nasze domostwa, daj nam pracę i zdrowie, naucz nas słuchać słów Twojego Syna i żyć nimi każdego dnia, abyśmy poddani Duchowi Świętemu umieli budować braterski naród i Kościół służebny na naszej ziemi Atakama”. Adiós Madre!

Pora wracać do domu... Drogę wyznacza gwiaździsty nieboskłon, na którym jaśnieje Krzyż Południa. Pozwala on ufać, iż ostateczne zwycięstwo należy do Krzyża Chrystusa.