List z Kuby (o. Paweł Szulc, Kuba)

Poniższy list ukazał się w numerze 8/2007 „Przyjaciela Misji Klaretyńskiej”.

 

Drodzy Przyjaciele Misji Klaretyńskiej

Korzystając z pobytu w kraju pragnę Was gorąco pozdrowić, a także podziękować za duchowe i materialne wsparcie jakich nam misjonarzom udzielacie. W szczególny sposób dziękuje tym z Was, którzy zobowiązali się każdego dnia modlić za mnie.

Długo by pisać o problemach z łącznością nawet przez pocztę elektroniczną czy o listach, które dochodzą nawet z kilkumiesięcznym opóźnieniem albo przepadają. Dlatego zostawiam ten temat.

Jakimś cudem, chociaż z opóźnieniem, dotarły do mnie wszystkie wydane dotychczas numery pisemka „Przyjaciel Misji Klaretyńskiej”. Dzięki niech będą dobremu Bogu, bo to on sprawia cuda. Ale także podziękowania dla ojca Piotra Boronia i wszystkich, którzy mu pomagają w redakcji i wydawaniu pisemka.

Dla mnie jest ono czymś bardzo cennym, czymś co pomaga odczuwać duchowa jedność z moimi współbraćmi w Polsce, z tymi którzy pracują na misjach w innych częściach świata niż ja, a także z Wami - PRZYJACIÓŁMI I WSPÓŁUCZESTNIKAMI w naszym klaretyńskim charyzmacie.

A teraz kilka słów o sobie. Od ośmiu lat pracuję na Kubie. Po 3 pierwszych miesiącach spędzonych w Hawanie, posłano mnie do miejscowości Guaimaro, parafii należącej do diecezji Camagüey. Dawna nazwa tego miasta, leżącego w centralnej części wyspy, to Puerto Principe. Nie jest to szczegół bez znaczenia, bo kiedy będziecie czytać Autobiografię Ojca Klareta, te rozdziały w których opowiada o swojej pracy misjonarskiej na Kubie, to wielokrotnie natkniecie się na nią. Puerto Principe na zachodzie a Santiago de Cuba na wschodzie wyznaczały granice diecezji objętej w 1851r. przez arcybiskupa św. A. M. Klareta. Czytając o tym może nie zrobi to na nas dużego wrażenia, ale jeżeli spojrzymy na mapę Kuby i odnajdziemy wspominane wyżej miasta, to uświadomimy sobie, że to prawie pól wyspy.

Pracując w Guaimaro bardzo szybko zorientowałem się że mam to szczęście kroczyć po śladach Ojca Założyciela i ocierać się o drobne ślady jego obecności. Na przykład w niektórych z naszych ksiąg parafialnych można było się natknąć na jego podpis czy notatki sporządzone przy okazji wizytacji pasterskich jakie miał zwyczaj realizować osobiście w każdej parafii swojej archidiecezji. Tak wiec często towarzyszyła mi myśl, że są to przecież te same miejscowości do których Ojciec Klaret docierał, podobne problemy ludzkie chociaż zupełnie odmienna sytuacja historyczna, polityczna i religijna tej wyspy, rzeczywiście gorącej jak wulkan.

Guaimaro było dla mnie nie tylko okazją do kroczenia po śladach ojca Klareta, ale też pierwszą praktyczną szkołą i pierwszym egzaminem w misjonarskiej pracy. Nowa kultura, trudna sytuacja personalna w naszej wspólnocie zakonnej i ogromny teren do obsługi, potrzeba modyfikacji języka hiszpańskiego, którego nauczyłem się w Polsce, do tutejszej wersji, drobne kłopoty ze zdrowiem, to tylko niektóre problemy, z którymi musiałem się uporać na początku. Ale była też satysfakcja i radość, że coś udaje się zrobić mimo trudności stwarzanych przez władze czy sytuacji materialnej, tak że po 5 latach tam przepracowanych trochę żal było przenosić się do Hawany.

W Hawanie, jak to w wielkim mieście, zupełnie inny styl życia, zupełnie odmienna mentalność ludzi, praca misjonarska, nawet sposób mówienia. Nasza placówka to przede wszystkim dom formacyjny utworzony przy Sanktuarium Niepokalanego Serca Maryi. Realizuje się tutaj pierwszy etap formacji kandydatów do naszego zgromadzenia zwany aspirantem. W przypadku Kuby jest on dosyć wydłużony i trwa 3 albo 4 lata. Bezpośrednio odpowiedzialnym za formację jest jeden ze współbraci z Hiszpanii, a ja jako ekonom troszczę się o funkcjonowanie domu i potrzeby materialne wspólnoty. Pochłania to sporo czasu i energii bo na Kubie wciąż są kartki na podstawowe produkty spożywcze. Dlatego szybko w moim słowniku codziennym zadomowiło się słowo resolver – delikatnie tłumacząc rozwiązać jakiś problem. Ale dla Kubańczyka oznacza ono: ‘zdobyć coś nieosiągalnego’.

Oprócz tych zadań związanych z administracją odpowiedzialny jestem za duszpasterstwo w Sanktuarium Niepokalanego Serca. W pracy tej oczywiście pomagają mi pozostali współbracia, a także dajemy możliwość uczestniczenia w niej naszym aspirantom. Prowadzimy katechezę, przygotowujemy ludzi do przyjęcia sakramentów, działają rożnego rodzaju grupy, a także staramy się dotrzeć do nowych osób poprzez odwiedziny w ich domach i rozmowy. Można by powiedzieć, że to coś w rodzaju naszej kolędy, tylko że ta nasza kubańska trwa przez cały rok. Owoce na razie nie są oszałamiające, bo wielu z tych ludzi ma swoje wierzenia, często synkretyczne, zakorzenione w wierzeniach afrykańskich, a inni bardzo mylne i zniekształcone pojęcie o Kościele Katolickim, tak że robimy co możemy i ufamy, że dzięki łasce Bożej te nasze wysiłki wydadzą owoce.

Drodzy moi, to tyle w wielkim skrócie. Cieszę się, że mogę w takiej formie do Was dotrzeć i podzielić się odrobiną swoich przeżyć. Może nie są tak egzotyczne jak te z Afryki czy Syberii, ale zapewniam, że bardzo misjonarskie. Wszystkim nam przyświeca jeden i ten sam cel, a mianowicie odpowiedzieć jak najlepiej i wszelkimi możliwymi sposobami na słowa Chrystusa: IDŹCIE I GŁOŚCIE EWANGELIĘ AŻ PO KRAŃCE ŚWIATA. Jezus wypowiadając te słowa zapewnia swoich uczniów, że będzie z nimi aż do skończenia świata, wspierając ich swoją mocą. Niech dla nas misjonarzy będzie to źródło nadziei i apostolskiego entuzjazmu. A dla Was, Drodzy Przyjaciele, mocą i radością na każdy dzień.

Wraz z modlitwą:

O. Paweł Szulc CMF