Dziękuję Bogu i Wam (o. Jacek Markiel, Białoruś)

Poniższy list ukazał się w numerze 21/2012 „Przyjaciela Misji Klaretyńskiej”.


 

Dziękuję Bogu i Wam, którzy pamiętacie o tylu rozsianych kapłanach z Polski, za modlitwę i cierpienia, które za nich ofiarujecie. Pragnę choć nieco przybliżyć Wam pracę i życie katolików w mojej niewielkiej parafii na Białorusi w Zelwie.

Gdyby sięgnąć jeszcze XIX wieku, to już wtedy wiemy, ile ci katolicy wycierpieli. Na tych ziemiach za udział w powstaniach pierwsze co robiły władze carskie to zamykały kościoły i przerabiały je na cerkwie. Po 1863 r. na ponad 50 lat zamknięto kościół, wyrzucono księdza, a katolicy musieli chodzić do okolicznych parafii. Gdy w 1905 roku katolicy starali się odzyskać swój kościół zostali okrutnie rozpędzeni przez wojsko carskie. Zginęło wtedy siedmiu katolików.

Dopiero w latach 20-tych ubiegłego wieku, wraz z nastaniem polskiej władzy, odzyskano kościół, ale jak się okazało i wtedy nie na długo. Zbliżała się bowiem na ziemie naszych Kresów wschodnich o wiele cięższa i dłuższa noc komunizmu. 24 września 1939 roku do Zelwy weszli bolszewicy i pierwsze co zrobili, to aresztowali księdza, a następnie pod osłoną nocy okrutnie go zamordowali. Kościół zamknęli na kolejne pół wieku, by przerobić go na skład kołchozowy. Stały w nim traktory, remontowano maszyny kołchozowe, w końcu przyjmowano butelki po wódce i winie. Katolicy nie chcieli chodzić do cerkwi, nie chcieli chrzcić tam swoich dzieci. Co im pozostawało? Jeździć i w nocy chrzcić, ślubować, albo jakimś cudem przyjmować te sakramenty w Polsce. Miejscem gdzie się często spotykali była mogiła zamordowanego księdza. Do dzisiaj przechowują modlitewniki przepisywane ręcznie, czy różańce wykonane z drzewa. Do dzisiaj, wspominając tamte trudne czasy, płaczą z radości, że zachowali wiarę ojców, a często i polską przynależność narodową. Dzieci uczono pacierza i katechizmu najczęściej w stodołach. Jeżdżono z nimi po 100 km żeby przyjęły I Komunię św. Ukrywano w ich kieszeniach medaliki, bo w szkołach od razu by im je zerwano i wyśmiano.

Mama mojego kościelnego, Pana Anatolija, z dumą opowiadała, jak nie pozwoliła synowi ściągać krzyżyka z szyi i jak po wiele razy mu go zrywano, nie zapisywano (jako karę) do pionierów ani Komsomołu, za to tylko, że nie wstydził się, że jest katolikiem.

Gdy przyszła pierestrojka po raz kolejny siłą odzyskali swój kościół, albo raczej to, co z niego zostało. Rozkradziono bowiem wszystko, ostały się tylko mury i trochę dachu. W kościele oprócz brzózek, zgnilizny i gruzu nic nie było. Ja przyjechałem tam w rok po oddaniu kościoła i przez te ostatnie 20 lat bardzo powoli robimy ciągłe remonty. Remonty materialne i te o wiele cięższe, w duszach ludzkich. Jakże wiele spustoszenia zrobiły minione czasy w myśleniu tych ludzi. Niby to tylko jedna granica i jest się w Polsce, ale jakże wiele nas różni. Ja dzisiaj dziękuję Bogu, że mogłem wyrosnąć w środowisku, w którym codziennie mówi się pacierz, w którym codziennie można uczestniczyć we Mszy św. Pamiętam jak bardzo długo w tej mojej parafii, która liczy ponad 1100 katolików, we Mszy codziennej uczestniczyło 2-3 katolików, a gdy pytałem, dlaczego inni nie chodzą, to mi odpowiadali: a po co? Dzieci mogą rozpocząć katechezę w drugiej ale i 7-8 klasie i do I komunii przystępują i małe, i bardzo duże dzieci. Jest tradycją, że tylko co poślubieni małżonkowie kładą kwiaty pod pomnikiem Lenina, a jednym z najważniejszych świąt jest wybuch rewolucji październikowej, no i dzień kobiet.

Od kilku lat w kościele stoi figura bł. Jana Pawła II. Gdy w zeszłym roku ogłoszono go błogosławionym, ludzie chcieli postawić go na placu, który należy do kościoła. Gdy ogłosiłem, że będziemy stawiać figurę, już nazajutrz przyszedł do mnie pan ideolog i długo mi tłumaczył, że takie figury to mogę sobie w kościele stawiać, że to nie żaden święty, a co on zrobił dla Białorusi, że to polak, i że plac i kościół należą do białoruskiego narodu, który się nie zgadza, żeby ona tam stała, i jeżeli ja chce jeszcze tu pracować to muszę zamknąć ten temat. O tak, czasami bywa bardzo trudno. Ale zdarzają się również zupełnie niespodziewane sytuacje, gdy jeszcze tak niedawno pierwszy sekretarz gminy, nauczyciele, którzy zabraniali dzieciom chodzić do kościoła, a nawet dawny ideolog przychodzą i na oczach wszystkich w kościele się spowiadają… Jakże im trudno, bo wszyscy pamiętają… Bo to im trzeba by uwiązać kamień u szyi… Ale my dziękujemy za ich opamiętanie i nawrócenie. Bardzo wiele miałem nocnych spotkań, gdy do mnie przychodzili tacy ewangeliczni Nikodemowie: milicjanci, nauczyciele, dyrektorzy… bo noszą ciężkie kamienie na sumieniu.

Białoruś, to kraj, gdzie katolików jest o wiele mniej, dlatego nie mają takich samych praw czy przywilejów jak Kościół prawosławny. Dlatego ksiądz prawosławny może uczyć dzieci w szkołach, nawet te katolickie, a ja mam zakaz wejścia do szkoły. Pamiętam taki przypadek, że do konfesjonału zastukała maleńka dziewczynka. Okazuje się, że przypadkiem weszła do kościoła i jej się spodobało. Z czasem zaczęła chodzić na nauki. Takich przypadków jest bardzo dużo. Oprócz katechezy dla uczniów mam zawsze katechezy dla dorosłych.

Na Białorusi sytuacja społeczno-polityczna jest bardzo trudna. Władze decydują czy ksiądz może służyć katolikom czy nie. Ksiądz z Polski nie może odprawiać Mszy, udzielać sakramentów w innym kościele, tylko w tym, gdzie jest upoważniony przez władze.

o. Jacek Markiel CMF