Boże Narodzenie po rybacku (o. Adam Bartyzoł, Chile)

Poniższy list ukazał się w numerze 20/2012 „Przyjaciela Misji Klaretyńskiej”.

Sztorm – el temporal – może trwać kilka dni, a nawet tygodni. Ludziom morza nie trzeba mówić, co to oznacza – ciemna kurtyna chmur aż po horyzont, wysokie na kilka metrów fale biją o skalisty brzeg, z nieba spływają potoki deszczu, tak, że nie wiadomo, czy woda spada z niebios, czy wypływa z morskich otchłani. Nikt w tym czasie nie odważy się wypłynąć na pełne morze, zaś ci, którzy nie zdążyli wrócić do portu, zdani są na Boską Opatrzność i łaskawość żywiołu. Morze trzeba kochać, bo jest jak matka, która żywi (w języku rybaków morze ma rodzaj żeński – la mar, choć w języku hiszpańskim jest rodzaju męskiego – el mar), ale trzeba traktować je z respektem. Pedro, doświadczony rybak, wyznaje:

- Jesteśmy ludźmi wierzącymi. Kiedy wypływamy w morze, robimy to w imię Boga, wracamy na brzeg, jak On zechce. Bywa, że niektórzy zostają w oceanie na zawsze. Tego się nie da zapomnieć, gdy widzisz, jak twoich towarzyszy połyka morski lewiatan. Byłem tego świadkiem kilkakrotnie.

Niedziele i święta są dniami ciężkiej pracy na morzu. Jest jednak w ciągu roku kilka świąt, które rybak szanuje i zachowuje – to dni Ojczyzny, święto Piotra i Pawła, Boże Narodzenie. To czas święty (sagrado), czas na odpoczynek i świętowanie w gronie rodzinnym, czas na wypicie szklanki dobrego wina i spokojne zapalenie papierosa, czas na pogawędki z sąsiadami i odwiedziny chorego przyjaciela w szpitalu, i w końcu czas na futbol – tutaj już w kołysce stajesz się fanem piłki nożnej!

- Jedyny moment, kiedy chowam sieci i skafander do nurkowania, to czas Bożego Narodzenia – opowiada mi Cypriano. – O morzu nie zapominam nigdy, bo noszę je w sercu i mam je przed oczami, gdy spoglądam przez okno mojego domu. Jest między nami jakaś tajemnicza więź. W morzu mam przyjaciela, na brzegu rodzinę. Choć dla niej wstaję o trzeciej nad ranem, to więcej czasu spędzam na wodzie niż na lądzie. Wiem, że nie wystarczy pracować dla rodziny, trzeba też z nią czasami po prostu być. Zaległości nadrabiam właśnie w święta. To czas, kiedy nikt w domu nie może mnie zastąpić, nawet najstarszy syn. Głowa rodziny – według tradycji – ma zadbać o to, co pojawi się na świątecznym stole. Dwa dni przed Bożym Narodzeniem, razem z ojcem wybieramy się na wieś, do znajomego gospodarza. Kupujemy jagnię – to będzie główne danie wieczerzy wigilijnej. Nie łatwo jest przyrządzić asado al palo (czyli „pieczeń na kiju”), ale z biegiem lat człowiek uczy się nie tylko prawidłowo ruszać wiosłami… – na spalonej słońcem twarzy Cypiano ukazuje się uśmiech. – Ojciec nauczył mnie też przygotowywać ñachi (specjalne danie ze świeżej krwi, z cała garścią ziół, warzyw i soli). Chociaż ryba dla nas jest „chlebem powszednim”, to jednak w ten wieczór smakuje inaczej, nie może więc zabraknąć congrio (węgorza morskiego) lub merluza (dorsza).

Nie wszyscy będą spędzać Boże Narodzenie w gronie najbliższych, choć nie wypłyną w morze. Rodrigo kolejny raz musi udać się w tym czasie do Santiago, stolicy. Czeka go kolejna ciężka operacja. Ma 36 lat. Jeszcze kilka miesięcy temu pracował w pobliżu wyspy Chiloé jako nurek. Ciężka praca, wymagająca silnego zdrowia i odwagi. Nigdy nie przypuszczał, że morze, z którym nie rozstawał się od dzieciństwa i jest jego pasją, będzie musiał oddalić na nieokreślony czas. Ocean zmienił nurt mojego życia.

- Pod wodą uległem wypadkowi. Pamiętam, że był to piękny dzień, słoneczny. Zadzwoniłem rano do mojej żony i pytałem o córkę. Potem założyłem skafander i wsiadłem do łodzi z moimi kolegami. Oddaliliśmy się o kilka mil od brzegu. Włożyłem ustnik od butli z tlenem i zanurzyłem się w otchłań morza. Rutynowa praca. Zakładaliśmy specjalne klatki na łososia. Nie wiadomo w jaki sposób i kiedy, gruba lina spuszczająca klatkę owinęła mi się koło ręki. Mocne szarpnięcie. Ból miażdżonej kości i rozszarpywanych mięśni. Bez tlenu można wytrzymać pod wodą tylko dwie minuty. Odzyskałem regulator butli tlenowej, który wypadł mi z ust. Wiłem się, jak ryba w sieci. Myśl o rodzinie. Myśl o śmierci. „Nigdy w życiu! Nie dam się!”. Pociągnięcie liny – to znak na powierzchnię, że potrzebuję pomocy. Bez odzewu. Jakimś cudem wysunąłem nóż i odciąłem linę. Po 6 minutowej walce, pół przytomny, wypłynąłem na powierzchnię.

Rodrigo przeszedł kilka operacji. Więcej czasu spędza teraz w Santiago na rehabilitacji, niż w rodzinnym Los Molinos. Nie udało się uratować lewej ręki. Został zakwalifikowany do specjalistycznego programu zdrowotnego, który przygotowuje go do przyjęcia specjalnej protezy, skonstruowanej według najnowocześniejszej technologii. Podkreśla w rozmowie, że programem kieruje, podobnie jak przeprowadził mu pierwszą operację, lekarz Polak.

- Na początku było bardzo ciężko. Muszę nauczyć się żyć z jedną ręką. Na morze już nie wrócę. To jakby oderwało mi drugą rękę.

W zaufaniu odkrywa przede mną wewnętrzny ocean swojej duszy.

- Teraz jednak myślę inaczej, stałem się bardziej odpowiedzialny. Przedtem niedzielę zamieniałem na piłkę nożną, teraz poświęcam ją dla rodziny. Zaczynałem mieć problemy z alkoholem i w relacjach z małżonką. O kościele zapomniałem zupełnie. Dziś jest inaczej. To był wypadek, ale nie przypadek – dodaje do swojego świadectwa.

Rodrigo wraz z żoną Valeską jest razem ze mną w ekipie ewangelizacyjnej. Odwiedzamy domy, czytamy Biblię z rodzinami, zapraszamy ich do wspólnoty i na Eucharystię. W prawej ręce nosi krzyż misyjny, na szyi drugi, który otrzymał przy uroczystym „Posłaniu”.

- Mira padre Adam! (Patrz ojcze Adamie!) – uśmiecha się i dodaje z humorem, pokazując mi ocalałe ramię: – Dobrze, że mam jeszcze jedną rękę, bo inaczej musiałbym nosić krzyż w ustach.

Jeszcze niedawno przeżywałem Boże Narodzenie wraz z górnikami na pustyni Atakama. Pamiętacie 33 uratowanych górników z kopalni San José? 13 z nich było z mojej parafii. Na ostatnią Pasterkę, jaką sprawowałem w Copiapó, przyszedł sztygar Urzua, ostatni z wydobytych. Dziękował Bogu i ludziom za ocalenie. To była pamiętna chwila. Potem dzień Bożego Narodzenia i kolejna niezapomniana dla mnie chwila – ostatnia Msza i powrót do domu. Byłem sam w czterech ścianach – nie było świątecznego obiadu ani makowca na stole. Zza ściany zamiast kolędy dochodziły dźwięki wrzaskliwej cumbii. Pod sztuczną choinką leżał biały opłatek. Tamtego roku dotarł na czas – ktoś oddalony ode mnie o kilka tysięcy kilometrów, przed wysłaniem odłamał jego rożek. Bóg się narodził.

Nie wiem jakie będzie Boże Narodzenie w tym roku – życie misjonarza czasami jest jak nieprzewidziany temporal. Z północy zostałem przeniesiony na południe, z pustyni – nad morze, spod rozpalonego słońcem nieba – w krainę deszczu, od górników – do rybaków. Jednego jestem jednak pewny, że będzie to Boże Narodzenie po rybacku, bo Jezus jest jednym z naszych, jest rybakiem.

o. Adam Bartyzoł CMF

 

Modlitwa Klaretyna

Ojcze dobroci, Ty wybrałeś nas bez żadnej naszej zasługi i posyłasz nas , jak posłałeś swojego Syna, Jezusa. Ześlij nam Twojego Ducha, uczyń nas dobrymi sługami Ewangelii, i udziel nam potrzebnej siły, aby wypełniać skutecznie posługę zbawienia ludzi. Spraw, aby nasza praca przynosiła owoce, aby Twoje Słowo – Chrystus, mówił przez nas. Błogosław nas i wspomagaj, aby wszyscy ludzie przyjęli Ewangelię i kochali Cię każdego dnia coraz bardziej. Nie pozwól, Panie, abyśmy Cię zasmucali; zachowaj nas od wszelkiego zła i umacniaj nas Twoją łaską. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.