Andy, pustynia, słońce i misje (o. Adam Bartyzoł, Chile)

Poniższy list ukazał się w numerze 7/2005 „Przyjaciela Misji Klaretyńskiej”.

 

Serdecznie was pozdrawiam, już oczywiście z Chile, a konkretnie z regionu Atakama. To pierwsza okazja, by podzielić się z wami pierwszymi wrażeniami i doświadczeniem misjonarskim. Pan Bóg pozwolił mi przeżyć na ziemi chilijskiej już cały jeden tydzień. Był to oczywiście czas Jego łaski, ale też i wielkiej serdeczności ludzi, których spotkałem na tutejszych drogach o ogromnych odległościach.

W Chile przywitała mnie jesień. Drzewa zrzucają liście, zaś dni są chłodniejsze niż zazwyczaj. Zdążyłem złapać mały katar, bo w Santiago nocą temperatura spada do 4-5 °C, a może i mniej. Trzeba było wiec wskoczyć w skarpetki, by nie zmarznąć. Niestety, zaprawa polskiej jesieni i zimy nie wystarczyła.

Pierwsze dni w stolicy nie były nadzwyczajne, choć musiałem już stawić czoła wyzwaniom językowym i postawić pierwsze kroki w obyczajach. Mam nadzieję, że udało się zdać ten egzamin. Zmuszony byłem tez załatwić sprawy formalne, tzn. wizy, bo urzędnicy w Polsce nie dopięli wszystkiego jak należy. Udało się jednak pozałatwiać sprawy „al tiro” jak mówią Chilijczycy, tzn. szybko – natychmiast. Przyszło mi więc spakować swoje manele i udać się na miejsce przeznaczenia, odległe o około 1000 km. od Santiago na północ. Najpierw długa podróż do Andacollo, mała 10 tysięczna miejscowość , gdzie Klaretyni pracują od ponad 100 lat. Sanktuarium maryjne. Tysiące pielgrzymów nawiedza to miejsce, by pokłonić się Maryi, której mała figura stoi w głównym ołtarzu. Nazywają ją „Chinita” (Chineczka – ma piękne małe, skośne oczy). To pierwsza nasza parafia w Zgromadzeniu. Miejscowość jest położona w górach. Co ja mówię! Tu wszędzie są góry. Ale Andacollo jest rzeczywiście wciśnięte między wierzchołkami, jak mała wyspa na oceanie wzgórz, pagórków, skał, kaktusów, ubogiej roślinności i piachu. Piachu jest pod dostatkiem i chyba ponad 40 różnych kolorów. Po długiej i monotonnej podróży dotarliśmy w końcu do naszej oazy. Przywitała nas noc, dziesiątki lamp ulicznych, świateł w oknach domostw, ale też i tysiące gwiazd na firmamencie. Przecudny nieboskłon. Gwiazdy, jak na dłoni. Nie zapominajcie, że mamy tutaj inne konstelacje gwiezdne, z Krzyżem Południa na czele. Wspólnota w Andacollo jest bardzo przestarzała, mówiąc delikatnie. Były więc przymiarki na początku, że osiądę właśnie w tym miejscu, ale w końcu postanowiono inaczej. Tak więc, Andacollo stało się tylko przystanią na jedną noc – noc, której nie zapomnę nigdy. Ciekawi jesteście tej nocy?

Sen zmorzył mnie prędko, choć różnica czasu i zegar biologiczny dają jeszcze o sobie znać – czasami chodzę śnięty. Pożegnałem się ze współbraćmi i położyłem się w mojej „pieza” (pokoju). Długo nie pospałem, bo około 4 nad ranem obudził mnie głęboki rumor, szum i trzęsące się łóżko. Miałem wrażenie, ze jestem w kołysce i ktoś próbuje mnie obudzić na siłę. Uświadomiłem sobie, że to trzęsienie ziemi. Nie myliłem się. Wydawało mi się, że ściany i sufit równocześnie spadną mi na głowę i zrobią z niej coś w rodzaju plakietki misjonarskiej na pamiątkę. Pojawił się niepokój, jakby duch, który pojawia się i znika. W oddali słychać było ujadanie sfory psów. Jeden przez drugiego ogłaszały śpiącym mieszkańcom, że jesteśmy w niebezpieczeństwie. Poczułem się przykuty do łóżka, czekałem na to, co dalej nastąpi. Rumor i huk oddalały się stopniowo. a trzęsienie słabło z sekundy na sekundę. Ja zaś, pogrążony w ciemnościach, nasłuchiwałem, czy któryś ze współbraci zza ściany podniesienie nas na nogi z okrzykiem: „ratuj się, kto może”. Psy dalej ujadały. Wszystko się jednak uspokajało. Odetchnąłem z ulgą. Rano wymienialiśmy wrażenia z minionej nocy. Trzęsienie było w czterech stopniach. Jair, mój współbrat – Brazylijczyk, z którym tworzymy wspólnotę, przyznał się, że choć jest przyzwyczajony do ruchów tego typu, to miał jednak wielkiego stracha i wyskoczył z łóżka chcąc jak najszybciej znaleźć się na „patio”, by uchronić się przed ewentualnym zetknięciem z brutalnym sufitem. Ładne przywitanie, prawda? Zostanie mi to w pamięci.

Przed wyjazdem jeszcze mały spacer po Andacollo. Czuję się tu, jak u siebie. Pozdrawiam spotykanych na ulicach ludzi. Patrzę na ich twarze. Są ciemne, niektóre prawie czekoladowe. Oczy mówią o trudzie tutejszego życia wśród skał. Życie ludzi tu nie oszczędza. Jest nawet brutalne. Pracują w pobliskich kopalniach różnych minerałów. Pracy jest coraz mniej. Kapitał zagraniczny stawia swoje warunki. O innej formie zarabiania na życie, jak rolnictwo, nie ma mowy. No bo gdzie tu coś uprawiać, skoro tylko piach i skala. Robię dyskretnie kilka zdjęć, nie chcę być natrętny. Podchodzę do staruszka, chyba nie ma ani jednego zęba. Na głowie słomiany kapelusz. Uśmiecham się do niego i go pozdrawiam. Odpowiada mi uśmiechem. Wypowiada jakieś słowa, których prawie nie rozumiem.

Po drodze zaglądam ciekawski do szkoły. Musze tam wejść, przecież to nasza szkoła, klaretyńska. Na szkolnym podwórku dziesiątki galopujących dzieciarów. Wydają z siebie krzyki, jakby ich ktoś przypiekał na gorącej patelni. Dzieci wszędzie są takie same. Ktoś ze starszych podchodzi do mnie. Przedstawiam się i już jestem w domu. To dzień przygotowania do Święta Morza. Wszyscy uczniowie będą prezentować jako szkoła na głównym placu „un desfile”, coś w rodzaju parady. W grupie jest zespół muzyczny, który przygrywa w rytm marszu. Widok, który spotkasz u nas tylko w wojsku lub pierwszomajowym pochodzie. Tutaj, to coś w rodzaju tradycji.

W południe wyruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami kolejnych około 300 km, a może i więcej. Słońce mocno grzeje. Mijamy całe pasmo gór i wzgórz. Nikt chyba nawet nie nadaje im nazwy, nie sposób ich policzyć, no bo i po co komu je liczyć. Czasami widnieją na nich małe domki, to obserwatoria astronomiczne. Jest to region najmniej zachmurzony na świecie, około 300 słonecznych dni w ciągu roku. Pełny raj dla astronomów. Zresztą, miałem o przekonać się o tym w Andacollo. Jeden z naszych ojców, prawdziwy weteran misjonarski, 87 lat, wyciągnął mnie na patio i zaczął opowiadać o każdej gwieździe i gwiazdeczce, jak członkach swojej najbliższej rodziny. Potem wręczył mi lornetkę, do której dolepoł nakrętki z butelek, by lepiej przylegała do oczu. Lornetka pasowała jak ulał. Problem polegał na tym, że zupełnie nie mogłem dostosować ostrości do swojego wzroku, więc musiałem udawać, by sprawić przy starszemu współbratu, że wszystko widzę i jest cudne. A tak naprawdę widziałem ciemność. No, ale zostawmy już Andacollo, wyruszmy dalej na północ.

Droga szeroka, prawdziwa autostrada. Moglibyśmy się chyba uczyć budować takie drogi. Jedna z nich wystarczyłaby by połączyć kraj wzdłuż i wszerz. Pejzaą jak najlepszy środek nasenny. Muszę zagadywać Ojca Prowincjała, by mu się nie zdrzemnęło. Zatrzymujemy się na kawę i kubek zimnej wody. Kilka kilometrów dalej znów przystajemy. To mała ciekawostka, której trzeba cyknąć zdjęcie. Osada. Na jej skraju wielka tablica, gdzie wypisano dużymi literami pozdrowienie w różnych językach świata dla przyjezdnych. Uśmiechamy się, próbując odczytać „saludos” w nieznanej nam mowie. Napis mówi też, że w tej miejscowości mieszka 220 przyjaciół. To oni czekają na każdego, kto chciałby ich odwiedzić lub poznać. Pewnie teraz nie zastalibyśmy ich w domach (to wielkie słowo „dom”, bo nie ma nic wspólnego z tym, w czym my mieszkamy), bo widzimy niektórych na poletkach koloru czerwonego. Jakimś cudem próbują wyrwać pustyni kawałek ziemi i zamieniają ją w uprawną rolą. A to czerwone, co odbija się wśród piachu koloru szarożółtego, to po prostu czerwony czosnek. Żegnamy wiec przyjaciół przydrożnych i naciskamy pedał gazu. I do przodu! Tak się rozpędziliśmy, że trzeba było hamować, by stanąć przy drogowskazie, który zapachniał mi swojsko: Domeyko. Autentyczna osada nazwana imieniem naszego wielkiego Polaka i honorowego obywatela Chile, Ignacego Domeyki. W oddali na horyzoncie pasmo gór także nazwane jego imieniem. Ma też Domeyko swoje ślady w klaretyńskim Andacollo. Zostawił zapiski, gdzie zaznacza, że sanktuarium to przypomina mu ukochaną Częstochowę. I może dlatego ten wielki Polak, którego proces beatyfikacyjny jest rozpoczęty dzięki byłemu ambasadorowi Polski w tym kraju, ma też swój malutki kącik w sanktuarium maryjnym w Andach. W muzeum odnalazłem kilka drobiazgów przywiezionych z naszej Ojczyzny.

Ale czeka nas jeszcze kawałek drogi, więc ruszamy dalej. Zapada zmrok. Wzgórza, które mijamy umykają w dal jak cienie przesuwających się bezszelestnie kotów na dachu u sąsiada. Nie mogę się doczekać finału podróży. W końcu przed nami ukazuje się całe morze świateł. To dolina, na której rozkłada się, jak na wygodnym kocyku, miasto o nazwie Copiapó. To moje miasto. Tak, to w końcu moje miasto. Serce mocniej mi bije. Nareszcie. Liczy chyba ze 130 tys. mieszkańców. Na ulicach pojawia się kilka drzew. Nie jest tak źle, ostrzegano mnie bowiem, że to już prawdziwa pustynia. Gdy zaświta, zobaczę, że rzeczywiście wokół miasta tylko wzgórza, „cerros peladitos”, gosolusieńkie, żadnej roślinności. Kaktusy i inne do roślin podobne stworzenia Boże, jakie mijaliśmy po drodze, to prawdziwa „selva”, czyli busz. Tutaj nie ma nic z takich cudowności. Ale w samym mieście dotkniesz nie jednego drzewa z prawdziwymi zielonymi listkami. Dają schronienie nie tylko ludziom, dla których czas nieco się zatrzymuje w bezruchu, ale też i dla mnóstwa „bichos”, czyli robactwa. Niebezpieczny jest jeden rodzaj pająków. Wkradają się do domostw, nazywają je więc „arana del rincon”, (pająk narożny). Lepiej nie mieć styczności z nim. W razie potrzeby, czyli ukąszenia, trzeba natychmiast szukać pomocy, dlatego w domu na widocznym miejscu znajdziesz numer telefonu do punktu ambulatoryjnego, który interweniuje w takich przypadkach. Docieramy w końcu do domu. Z otwartymi ramionami witają mnie bracia. O 20 mamy Mszę w jednej z naszych kaplic. Pojawiają się trzy siostry zakonne, ubrane po świecku. Na co dzień pracują wraz z ludźmi w winnicach. Towarzyszą nam też trzy kobiety. Do świątyni wchodzi bez obawy, a potem wycofuje się bezdomny pies. Pies na ulicy, to widok, który nikogo nie dziwi. Bezdomne psy wylegują się wszędzie, gdzie tylko się da – pod drzewami, na chodnikach, pod samochodami, nawet na skraju przejścia dla pieszych. Przypominają mi święte krowy w Indiach. Kładą się tam, gdzie zmorzy ich sen.

Poranek jest słoneczny. Tak będzie codziennie, to mamy jak w banku. To region już Atakamy, czyli pustyni. Deszcz pada tu co 35 lat. Wówczas cała pustynia zamienia się w jeden kwiat („desierto florido”). Tego dnia spotykamy się z naszym biskupem, klaretynem, Gasparem Quintaną, który pozdrawia mnie po polsku: „Dzień dobry”. Znamy się jeszcze ze spotkań w Rzymie. Jest biskupem tej właśnie diecezji, bardzo rozleglej, około 400 tys. mieszkańców. Do dyspozycji ma nieco ponad 20 kapłanów. Wieczorem mamy spotkanie z diakonami i katechistami z jednej z naszych parafii, w których służymy. Obsługujemy 3 parafie, czyli w sumie około 100 tys. mieszkańców. 70 % Chilijczyków, to ludzie deklarujący się jako katolicy, ale w praktyce wygląda to bardzo cienko, chyba z 20% uczestniczy we Mszy, a w naszym regionie dużo mniej. Praktykujących jest garstka. Struktury kościelne są inne niż u nas. Tu trzeba szukać owiec, by zagarnąć do trzody. Kontakt z dziećmi lub młodzieżą jest sporadyczny, jedynie przy okazji katechez pierwszokomunijnych lub przygotowujących do bierzmowania. Na tym się kończy edukacja religijna. W parafii mocno zaangażowani są świeccy: diakoni, szafarze eucharystii, katechiści. Właściwie to oni organizują życie parafialne, choć sami czasami mają duże braki formacyjne. Będziemy próbować coś z tym zrobić.

Walczę z przeziębieniem, pamiątka jeszcze z Santiago. Za dnia jest ciepło, nieco ponad 20 C°. Wieczorem nieco chłodniej, ale nie jest zimno. Rano spoglądam przez okno. Niebo zachmurzone. Może będzie padać. Nic z tego. To tylko mgła, która unosi się nad miastem aż do godzin południowych. Tak jest codziennie w okresie jesienno-zimowym. Potem i tak pojawi się niebo w kolorze lazurowym.

Przychodzi pierwsza niedziela. Pierwszy większy kontakt z moimi braćmi i siostrami. Padré Jair zabiera mnie na Mszę Św. do swojej parafii. Wiernych jest niewielu, choć i tak więcej niż w pozostałych kaplicach. Zupełnie inny klimat modlitwy niż u nas. Przewodniczę Eucharystii. Asambleii przewodzi diakon świecki. Muszę się nauczyć spontaniczności. Są oklaski, uśmiechy, a przy znaku pokoju, braterskie uściski. Wszyscy mnie witają ciepłymi słowami, dziękując za przybycie i życzą wielu łask. Nie można nikogo pominąć. Na koniec Jair mówi wiernym o potrzebie jakiegoś małego remontu. Potrzeba trzech worków cementu. Skąd wziąć? Ktoś podnosi rękę i deklaruje się pomóc. Wszyscy dziękują oklaskami. Za chwilę druga ręka w górze, a potem trzecia. Sprawa załatwiona. Tu każdy dzieli się tym, czym może. Często jednak nie ma czym się nawet podzielić. Msza trwa z półtorej godziny, albo i dłużej. Nikt się nie spieszy, nie patrzy na zegarek. Zresztą, wydaje się, że czasu tu mają pod dostatkiem. Nikogo nie dziwi, że kapłan dotrze na miejsce z 10 lub 15 minutowym opóźnieniem. Ja jednak zerkam ukradkiem na zegarek, bo po tej Mszy muszę dotrzeć natychmiast na następną, na której Padré José przedstawi mnie innej grupie naszych wiernych. Niestety, nie udaje się zamiar. Docieramy z Jairem w środku Mszy, ale gdy tylko pojawiliśmy się w świątyni, zaraz mnie zauważono. Znów mnie serdecznie powitano oklaskami.

Po południu zostaliśmy zaproszeni na obiad do rodziny. W prawdziwie braterskiej atmosferze nie było końca opowiadaniom o Polsce. Dostałem też pierwszę lekcję tzw. „chilenismos”, czyli chilijskich naleciałosci. Doświadczyliśmy wiele życzliwości.

I znów na jednej nodze na kolejne spotkanie, tym razem osób zakonnych. Spotykają się co miesiąc, dzielą się przeżyciami, dyskutują, rozważają Słowo Boże. Spotykamy się w domu sióstr zakonnych. Jest to prawdziwy dom, nie klasztor. Zresztą, w takim samym mieszkamy i my. Ogromny nacisk kładzie się tu na świadectwo, wiec kultywuje się tzw. wspólnoty „de base” lub „de insercion” (tzn. włączone w środowisko innych ludzi), niczym nie różniące się od swoich braci i sióstr świeckich. Na koniec spotkania skromny poczęstunek. My jednak musimy zostawić wspólnotę i udajemy się szybko na ostatnią Mszę. To ostatni sektor jaki obsługujemy. Idziemy pieszo. Po drodze mijamy jakąś świątynię (mały domek), z głębi wydostaje się śpiew. Takich wspólnot chrześcijańskich czy nawet sekt jest sporo. Ci, którzy mają pieniądze, budują nawet pokaźne kaplice.

Jesteśmy właściwie już spóźnieni, ale się tym nie przejmujemy. Docieramy do naszej kaplicy. Gołe ściany, drewniany sufit, posadzka z jakichś szarych kamieni. Wita nas garsteczka ludzi. Wymieniamy uściski. Już wiedzą kim jestem. Jest wśród nich diakon – świecki, z którym spotkałem się na zebraniu dwa dni wcześniej. Jest już dobrze ciemno. Przez otwarte drzwi dostrzegam wylegujące się psy, w oddali morze światła naszego miasta. Tam mieszkają ci, na których Jezus wciąż czeka. My zaś jesteśmy jak Apostołowie w wieczerniku. Pamiętamy także i o nich w modlitwie. Kilkoro dzieci bawi się na pół głośno na środku kaplicy. Nikt na to nie nie zważa. Jedno z nich – mały berbeć – podchodzi do ołtarza. Bęc. Podnoszę go i biorę na ręce zanim nie pojawi się mama. Siłą musi go odebrać. I tak kończymy nasz dzień Pański. Docieramy do domu zmęczeni, ale radośni.

o. Adam Bartyzoł CMF