51. Rok szkolny

15 października 2011 r.

Jest taka data, która wywołuje zimny dreszcz na plecach milionów Polaków w każdym wieku. To jakby antyteza Bożego Narodzenia. Trauma z nią związana pozostawia duchowe blizny, które nigdy się nie leczą. Mowa oczywiście o 1 września - i nie mam na myśli rocznicy wybuchu II wojny światowej, ale początek roku szkolnego. W czasie wakacji rozmawiałem o tym z jednym z moich braci i wiem, że ma odczucia podobne do moich (żeby była jasność, obaj mamy po trzydziestce i żaden nie pracuje w oświacie). Oczywiście po latach szkoła kojarzy nam się głównie z miłymi rzeczami: człowiek był młody, głupi i niedoświadczony; ale mimo wszystko słowom „pierwszy września” nieodmiennie towarzyszą mi przechodzące po plecach ciarki.

Tutaj, na Wybrzeżu, sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Teoretycznie rok szkolny rozpoczyna się, podobnie jak w Polsce i we Francji, na początku września. Ale tylko teoretycznie. Jest to bowiem czas, kiedy ludzie odpowiedzialni za oświatę w kraju dopiero zaczynają myśleć, kiedy owo rozpoczęcie roku ogłosić. I jakkolwiek egzotycznie to zabrzmi, zależy ona od... zbiorów kakao!

  

Otóż Wybrzeże Kości Słoniowej jest największym na świecie jego producentem i jeśli ktoś czymś nie handluje (kraje Afryki mają najwyższy procent ludności parającej się handlem), na 80% utrzymuje się właśnie z kakao. Co roku, na przełomie września i października - a więc wtedy, gdy zaczynają się najobfitsze zbiory, rząd ogłasza ceny kakao na następne dwanaście miesięcy (zależą one w jakiś sposób od cen kakao na światowych giełdach, ale nie zawsze). Na długo przed ogłoszeniem cen, handel właściwie zamiera. Plantatorzy nie mają pieniędzy, bo czekają na ceny skupu (zawsze mają nadzieję, że będą one wyższe od tych z roku ubiegłego). Sklepikarze nie mają pieniędzy, bo plantatorzy nic u nich nie kupują. W budżetówce też dają się odnotować opóźnienia w wypłacaniu pensji, bo rząd nie ma pieniędzy z podatków płaconych przez jednych i drugich. Rodzice (a więc jedni, drudzy i trzeci) nie mają więc pieniędzy by kupić dzieciakom najprostszą wyprawkę do szkoły. Są również problemy z zaopatrzeniem, bo najczęściej przywożą je w drodze powrotnej ciężarówki wożące kakao do portów. Kraj zamiera niejako w marazmie: wszyscy czekają, co powie rząd. A potem jest już tylko radość lub płacz i zgrzytanie zębów. Wszystko zależy od ustalonej ceny. No i rok szkolny może się zacząć. W tym roku to 24 października (już miałem powiedzieć „brr”, ale to akurat uroczystość św. Antoniego Marii Klareta – założyciela mojego Zgromadzenia, więc się powstrzymam).

  

Szkoły katolickie rok szkolny zaczęły już 10 października, stąd też pochodzą zdjęcia (inne może doślę w późniejszym terminie). Placówki te cieszą się dobrą renomą, gdyż po zakończeniu np. podstawówki dzieciaki potrafią przynajmniej czytać i pisać, co w przypadku przeładowanych ponad miarę szkół publicznych (w klasie potrafi być nawet 70. uczniów – koszmar każdego nauczyciela) wcale nie jest już takie pewne. Szkoły katolickie są po części płatne: 30.000 CFA rocznie, czyli niecałe 200 zł lub 50 € – resztę dokłada państwo. Podobnie jak na całym świecie, uczęszczają do nich również dzieci innych wyznań i religii.