5. Historia jednego dnia

Soubré, maj 2005

Od dawna zabieram się do pisania i zawsze mówię sobie: “ot codzienność”, cóż w tym interesującego… A przyjaciele czasem pytają : a tak na co dzień, to co ty właściwie robisz...? Jak to wygląda twój zwykły misyjny dzień? Ano, tak…

Jest już późny wieczór. Upał popołudnia ustąpił miejsca wilgotnemu ciepłu nocy. Jutro środa. Msza w Soubré dopiero wieczorem, za to rano mam wyjazd na wioskę. Przygotowuję bagaż: walizka “kaplica” z mszalikiem, kielichem, przyborami do mszy. Sprawdzam czy mam wystarczająco hostii do konsekracji, nalewam do buteleczki wino…, rano nie będzie czasu na pakowanie się. Przeglądam drugą torbę z dokumentacją wiosek, kartotekę wiernych – wszyscy są zanotowani, zwłaszcza katechumeni, tzn. ci, którzy przygotowują się do chrztu. Jest jeszcze i trzeci bagaż – karton z dewocjonaliami, katechizmami i kilkoma broszurami religijnymi, które sami produkujemy. Wszystko sprawdzone, zapięte na ostatni guzik. Mogę iść spać. Jeszcze telefon do brata Jana, by upewnić się, że rozlatujący się Peugeot nadaje się do jazdy i że jest zatankowany.

Środa. Budzik zmusza do wstania. Jest 6 h 30. Poranna toaleta, modlitwy, herbata, kawałek bagietki z masłem i powidłami z mango, własnej produkcji. Staram się sprężać... Chwile po siódmej pakuję auto, wsiadam, zapalam silnik, robię znak krzyża do modlitwy i … auto gaśnie. Czyżby nawrót naprawianej już kilkakrotnie awarii? Ponowna próba kończy się powodzeniem, więc ruszam modląc się, by w drodze nie odmówił mi posłuszeństwa. Dziś nie jadę daleko. Zaplanowana jest wizyta we wspólnocie oddalonej o niespełna 45 km od Soubré. Wierni, uprzedzeni listem duszpasterskim powinni być przygotowani. Przy wyjeździe z Soubré kończy się asfaltowa droga. Mam przed sobą kilkanaście kilometrów dość szerokiego ziemnego traktu. Widzę ślady pracy specjalnego spychacza profilującego drogę. Chyba jakiś cud! Od ponad roku nie robiono nic z tą drogą. Mój zachwyt rozwiewa się po kilkuset metrach. Maszyna stoi na poboczu – popsuła się chwilę po rozpoczęciu roboty. Tak, więc powoli od dołka do dołka, z prędkością 20-30 km. na godzinę będę pomykał może z pół godziny. Potem skręt z głównej drogi w pisty, czyli dróżki wśród plantacji kawy i kakao. Droga powoli ucieka. Pozdrawiany czasem przez mijanych wieśniaków idących na plantacje, mrugając światłami do przejeżdżających mini-busików w opłakanym stanie, transportujących ludzi do miasta, myślę sobie, że dziś jest nieźle. Droga nie obeschła jeszcze po nocnym deszczu, nie ma kurzu i pyłu, można oddychać pełną piersią. W pierwszej wiosce zatrzymuję się by kurtuazyjnie pozdrowić policję, policję leśną, policję celną. Wszystkie te policje mają tu swoją zaporę drogowa… Następna zapora, tym razem żandarmerii, będzie za kolejne 10 km…. Oficjalnie są to standardowe kontrole, a w rzeczywistości okazje do wyzysku korupcji i znęcania się nad obcokrajowcami, a ostatnimi czasy również nad rodowitymi Ivoiryjczykami, którzy np. zapomnieli dowodu osobistego jadąc do miasta. Tuż po minięciu tej drugiej zapory skręcam w busz. Znam te drogi na pamięć. Dziś nie mam się czego obawiać. Ale są trasy gdzie przeżywam stres zanim jeszcze wyjadę z domu. Wiem gdzie jest jaka dziura, trudno przejezdne miejsce i już z daleka wyłażą na mnie poty, na samą myśl o tym, co trzeba pokonać! Obawiam się, że jest to pierwszy znak starzenia się. Nigdy przedtem czegoś podobnego nie przeżywałem... Cieszę się poranną spokojną droga i zapominam, że czasami zdarzają się niespodzianki.

Właśnie zatrzymało mnie dwóch chłopaków z krzyżykami na piersi, widać moi parafianie z którejś wioski, wyjaśniając łamaną francuszczyzna, że droga jest nie przejezdna, ale że można przejechać bokiem. Zrozumiałem, że mówią o jakimś zerwanym mostku, wiem gdzie on się znajduje, więc jadę by zobaczyć. A tu po chwili okazuje się, że to nie mostek się zawalił, ale drzewo. Drzewo. Jedno z ostatnich w tej okolicy drzew kolosów leży ogromnym prostym konarem bez gałęzi w poprzek drogi. Wsparte na wielkich korzeniach tworzy most, pod którym pochylając się przechodzę na druga stronę. Gdyby Peugeot był 10 cm niższy mógłbym spróbować… Po śladach wyjeżdżonych przez ciężarówki transportujące kakao wchodzę w plantacje palm oleistych, by sprawdzić czy dam radę przejechać bokiem. Niestety. Rozmokła czarna ziemia plantacji, doły i góreczki nie na niskie zawieszenie naszej osobowej staruszki. Mógłbym próbować “po czołgowemu”, ale jutro następna wioska, jeszcze odleglejsza. Poza tym trzeba by dziś czymś wrócić do domu. Zbyt duże ryzyko, staruszek Peugeot może zgubić jakąś część podwozia... Wracam do auta. Dochodzi godzina ósma. Do wioski mam jeszcze z 12 km. Niemożliwe by ruszać na piechotę… Nagle w ciszę plantacji wkrada się klekot motocykli dochodzący z drugiej strony powalonego drzewa. Z daleka poznaje znajome twarze. Problem jest rozwiązany. Katechista wyjechał na spotkanie wiedząc o przeszkodzie. Mój bagaż ląduje na jednym motorku, ja na drugim. Po kilkunastu minutach jesteśmy przy kaplicy.

Oczywiście wierni jeszcze się nie zeszli. Czekają na sygnał – kilkanaście uderzeń w podrdzewiałą felgę ciężarówki zawieszoną na gałęzi koło kaplicy. Wierni rozpoznają ten dźwięk. Inne kaplice mają mniejsze felgi, które dźwięczą inaczej… Zanim zacznie się obrządek podania wody, powitania i wymiana nowin, wchodzę na chwilę do kaplicy, głównie po to by zrobić znak krzyża i podziękować za szczęśliwe dotarcie, ale przy okazji lustruję przygotowanie kaplicy do mszy. Dziś jest w porządku. Wracam do szefa chrześcijan i katechisty czekających na mnie przy stoliczku z fortuny. Następuje obrzęd powitania - cenna afrykańska tradycja. A w tym czasie schodzą się wierni. Każdy podchodzi podać mi rękę. Kontroluję teksty liturgiczne i śpiewy przygotowane przez prowadzących liturgie. Rozmawiamy z katechistą o ewentualnych problemach wspólnoty, które trzeba by poruszyć z wiernymi. Około dziewiątej widzę, że kaplica jest już prawie zapełniona, znak, że mogę przystąpić do sakramentu spowiedzi. Katechista zaczyna modlitwę różańcową, a ja na zewnątrz kaplicy spowiedź. Gdy skończę rozpocznie się msza święta.

Kilkanaście minut przed dziesiątą podchodzę do stołu-ołtarza w tanecznym rytmie wybijanym na tam-tamach… Rozpoczyna się msza. Prowadzona w języku francuskim, z tłumaczeniem na dwa języki tubylcze. Rozkładam na ołtarzu śnieżno-biały korporał, puryfikaterz, palkę… ślicznie wyhaftowane przez Gosię, specjalnie dla misjonarza. Przywodzą na myśl to wspaniałe małżeństwo, moich przyjaciół Marka i Gosię, niosących z ufnością krzyż nieuleczalnie chorej córeczki. Są tu ze mną w tej chwili. Wyciągam i całuję misjonarski krzyż kładąc go na ołtarz. Ten krzyż, to też prezent – od Joli siostry klaretynki, przyjaciółki z oazowych lat. I ona jest ze mną, tu w tej misyjnej betlejce, gdzie prostota kontrastuje z bielą ołtarza i cudem, który się na nim za chwilę wydarzy. Kaplica mieści ponad sześćdziesiąt osób. Tłoczno, część wiernych siedzi na dworze. Ci mają najlepiej… Wewnątrz zaczyna się upał nie do wytrzymania. Moja głowa niemal sięga blaszanego sufitu. Na “Ojcze nasz” czuję pot ściekający po całym ciele. Msza trwa około dwóch godzin, głównie przez śpiewy i tłumaczenia. No, ale mają msze raz na dwa, trzy miesiące…

“Idźcie ofiara skończona”. Ludzie wysypują się z kaplicy. Trwa atmosfera radości, braterstwa. Kilkanaście minut zajmuje mi sprzedaż dewocjonaliów, jest to jedyna okazja dla moich wiernych zaopatrzenia się w te rzeczy. W tym czasie kobiety przynoszą posiłek. Dwa oddzielne garnki dla mnie i szefów wspólnoty. Ogromna micha ryżu i kociołek sosu do podziału dla wszystkich. Dziś kurczak w sosie z czegoś, rozdrobniony na dziesiątki kawałków i ryż. Palący sos. Nie zwracam na to uwagi. W ogóle nie zwracam uwagi na to, co jem. Wszyscy spożywamy ten sam posiłek, więc dlaczego miałbym mieć jakieś problemy?

Słońce przeszło już dobrze poza punkt zenitu, gdy poprosiwszy o drogę – to drugi afrykański obyczaj, tym razem przy odjeździe – wsiadam na motocykl i ruszamy w stronę auta. Tym razem bez koguta. Choroba kur w wiosce. Nie odjeżdżam z pustymi rękami: dostałem ofiarę za mszę świętą i drobną kwotę na paliwo do auta. Zaczynam czuć poobiednią ociężałość. Wiatr chłodzi rozpaloną głowę w kapeluszu ze słomy, wypłowiałym od słońca. Mam go od czterech lat. Droga powrotna niczym nie przypomina rześkiej przejażdżki poranka. Upał. Pył. Na głównym trakcie raz po raz mijają mnie ciężarówki wzbudzając tumany kuzu. Chwilami jadę jak we mgle. Jest dobrze po piętnastej gdy docieram do jeszcze uśpionej upałem misji. Teraz kąpiel. Rudobrody – myślę o sobie patrząc na spływające strugi czerwonej wody – zmywam z siebie pył podróży. Jeżeli nikt nie przyjdzie do kancelarii będę miał z półtorej godziny odpoczynku. Na siedemnastą trzydzieści mam umówioną pierwszą grupę animatorów katechezy młodzieży i dorosłych, z którymi przygotowuję katechezę na najbliższą sobotę. O osiemnastej wspólnotowe nieszpory i różaniec z dość licznymi parafianami, którzy przychodzą na wieczorną mszę. Po mszy jeszcze jedna grupa animatorów. Jest dobrze po dwudziestej, gdy zasiadamy z bratem Janem do stołu. Na niebie rozświetlonym półksiężycem nie ma najmniejszej chmurki, jednakże wiatr przywiewa nam chłodniejsze powietrze, znak, że gdzieś niedaleko przeleciał monsunowy deszcz, nadzieja, że nocą doleci i do nas. Teraz czas dla wspólnoty i dla mnie. Całodniowe zmęczenie wychodzi dopiero przy posiłku. Myślę o poczcie elektronicznej, na którą trzeba by odpisać i ograniczam się jedynie do ściągnięcia nowej… Środa jest jednym z najpracowitszych dni na misji, jutro może zdobędę siły na napisanie kilku słów. Ostatnie godziny dnia uciekają prawie na niczym. Jest północ gdy zamykam brewiarz dziękując Panu za kolejny przeżyty dzień, powierzając nadchodzące godziny spoczynku. Wilgotne ciepło nocy znów daje wytchnienie po upale dnia. Jutro czwartek. Msza rano. Pora iść spać.

O 100 kilometrów od Soubré. Samochód został w wiosce odległej o 50 kilometrów. Motorek, rower, piechotka...., misjonarskie drogi. Towarzyszy mi katechista i szef wspólnoty do której się udaję. 

 

 

 

 

W drodze do wioski...sposob na brak mostu. A zdarza sie ze biorę sobie tę łupiankę sam... i sobie płynę...

 

 

 

 

 

Omawianie problemów wspólnoty z katechista przed pójściem na mszę... Oj stare to zdjęcie, stare - 1999?