40. Węgiel drzewny

5 lutego 2011 r.

Mimo różnego rodzaju wysiłków członków wspólnoty i parafian, nasza misja nie może poszczycić się samowystarczalnością i ciągle jeszcze Zgromadzenie musi dokładać do tego „interesu”. Szukamy więc oszczędności i pieniędzy gdzie się da, imając się różnych zajęć, niekoniecznie ściśle związanych z ewangelizacją, ale dających świadectwo ewangelicznego ubóstwa. Oprócz parafialnego butiku mamy własny kurnik, hodowlę kaczek i świnek morskich (przeznaczonych na mięso, nie do zabawy), ogród warzywny, kilka drzew i krzewów owocowych oraz plantację palm oleistych posadzonych wokół płotu. Czasem zajmujemy się też jakimiś pracami dorywczymi, jak np. wypalaniem węgla drzewnego. Nie jest to taka prosta sprawa, ale jeśli wycina się akurat jakieś drzewa, szkoda nie wykorzystać okazji.

  

Zaraz po ścięciu, drzewo trzeba pociąć na mniejsze kawałki i zwieść w jedno miejsce (suche za szybko się spali). Następnie kopie się płytki dół, w którym układa się pniaki, tworząc nie za wysoki stos. Cała sztuka polega na tym, by były one ułożone jak najciaśniej, jeden przy drugim, a w wolne przestrzenie wetknięte były cieńsze gałęzie. Następnie przykrywa się wszystko świeżą trawą oraz palmowymi liśćmi i obsypuje ziemią, tworząc kopiec. Gdy wszystko jest już gotowe, przez specjalny otwór podkłada się ogień, a kiedy drzewo dobrze się już rozpali, należy go zatkać. Chodzi o to, by przy jak najmniejszym dostępie powietrza, a co za tym idzie przy minimalnym spalaniu, utrzymać wewnątrz wysoką temperaturę i odparować całą wodę. Problem polega na tym, że część drzewa i tak się wypala, a zwęglane pniaki kurczą, co powoduje zapadanie się ziemi do środka. Tam gdzie tworzy się dziura, drzewo natychmiast zaczyna się spopielać, a że kopiec lubi zapadać się zwłaszcza nocą, na blisko dwa tygodnie możemy zapomnieć o spokojnym śnie: co dwie – trzy godziny trzeba skontrolować, czy wszystko jest w porządku i ewentualnie zatkać niepożądany otwór.

  

Gdy kopiec przestaje dymić, węgiel jest gotowy i tu zaczyna się najtrudniejsza część pracy. Trzeba go bowiem wykopać niczym ziemniaki z ogniska. Jest przy tym, delikatnie rzecz ujmując, raczej ciepło, a w powietrzu unoszą się tumany pyłu i dymu. Nie można przy tym zrobić sobie przerwy, bo przy napoczętym kopcu każdy kwadrans przynosi wymierne straty. Żarzący się węgiel wrzuca się do wody i, w ten sposób ugaszony, układa na słońcu do suszenia. Później pozostaje już tylko załadować czarne złoto do worków i sprzedać (ze zbytem nie ma akurat problemów). Każdy worek to zarobek rzędu 9 €, a z jednego wypalania można ich uzyskać nawet dwadzieścia.

  

Kończę zatem, bo dochodzi 1:00 i muszę iść sprawdzić, czy kopiec nie ma żadnej dziury do zatkania...