39. Harmattan
22 stycznia 2011 r.

Harmattan to wiatr wiejący od Sahary w kierunku wybrzeży Zatoki Gwinejskiej, niosący ze sobą tumany drobnego piasku na odległość setek kilometrów. W praktyce wygląda to jak sucha mgła o różnym natężeniu, utrzymująca się z krótkimi przerwami przez kilka dni w roku między - grudniem a styczniem, czyli w samym środku dużej pory suchej (o porach roku innym razem). Brzmi niegroźnie, prawda?

  

Tyle tylko, że przy tej suchej mgle, i tak suche o tej porze roku powietrze, staje się jeszcze suchsze, co prowokuje problemy ze wszystkimi błonami śluzowymi, co z kolei skutkuje nieustającą suchością w gardle, drapaniem w nosie i szczypaniem oczu (o pierzchnięciu warg, wysychaniu skóry i niekorzystnym wpływie na włosy nie wspominając). Jeśli ktoś do tego cierpi na alergię na kurz, przeżywa naprawdę ciężkie chwile. Poza tym pył wciska się wszędzie tam, gdzie może. Maniacy porządku, do których na szczęście nie należę, musieliby w zasadzie bez przerwy na przemian: zamiatać, ścierać kurze i myć okna. Do tego wszystkiego ranki stają się prawie mroźne, bo temperatura spada nawet do 17ºC(!), co dla Ivoryjczyków oznacza syberyjską zimę! Na te kilka dni w roku ja również przepraszam się z moją jedyną bluzą z długim rękawem, którą tutaj przywiozłem „na wszelki wypadek”, a nad ranem zdarza mi się ubierać skarpety do łóżka.

  

Im dalej na północ, skutki harmattanu są coraz bardziej przykre: pył gęstszy, oddychanie trudniejsze, a ranne "prawie-przymrozki" bardziej dotkliwe. Na stałe w historii misji zapisała się wyprawa jednego z naszych współbraci, o. Piotra Liszki, który po dziś dzień twierdzi, że nigdy w życiu nie zmarzł tak, jak podczas swojej wizyty w Afryce. I ja mu wierzę.