37. Demokracja po murzyńsku
25 grudnia 2010 r.

Święta to nie jest najlepszy czas żeby zajmować się polityką, ale że osobiście zajmuję się nią właśnie od święta, pomyślałem, że napiszę coś na ten temat. Śledząc bowiem informacje zamieszczane na niniejszej stronie lub ewentualnie te płynące z zagranicznych mediów, a dotyczące sytuacji na Wybrzeżu Kości Słoniowej, ktoś gotów jeszcze pomyśleć, że w kraju tym dzieje się coś niepokojącego. Nic bardziej mylnego. Wszystko tu działa dobrze... inaczej, jak to już kiedyś tłumaczyłem.

  

Zacząć należałoby od tego, że Bogu ducha winny prezydent Gbagbo, którego prawo do władzy próbuje się dzisiaj podważać na arenie międzynarodowej, został perfidnie oszukany. Od trzech lat w pocie czoła przygotowywał pierwsze w pełni demokratyczne wybory w młodym, bo dopiero pięćdziesięcioletnim, państwie. Co prawda nie za własne pieniądze, a pieniądze z zagranicy, ale kto by się tam czepiał szczegółów. Swoją drogą były to najdroższe wybory na świecie(!), bo przy okazji trzeba było zrobić spis ludności i zdecydować w końcu kto jest, a kto nie jest prawowitym Ivoiryjczykiem, co przy tutejszej mieszance wcale nie było proste (połowa ludzi żyje bez jakichkolwiek papierów, a pojęcie przynależności narodowej jest im raczej obce). Kilka miesięcy temu prezydent był bliski unieważnienia wyników tej pracy, ale wtedy właśnie ktoś mu podszepnął, że na pewno wygra już w pierwszej turze (w końcu ma władzę nad radiem, telewizją i armią). No i biedny Gbagbo uwierzył.

  

W pierwszej turze nie wygrał, ale przynajmniej wszedł do drugiej. Zrobiło się jednak niebezpiecznie. Tam gdzie mógł pospiesznie zaczął więc zmieniać szefów lokali wyborczych, by dopomóc demokracji. Jednak głupi ludzie okazali się jeszcze głupsi niż myślał i nie chcieli słuchać tego, co im mówił i obiecywał. A przecież gdyby to przewidział, przenigdy nie zgodziłby się na wybory! I tak dokonał się zamach stanu przez urny (to słowa jego rzecznika prasowego, które należałoby umieścić we wszystkich annałach absurdu). Zmuszony był więc obstawić komisję wyborczą wojskiem, wygonić wszystkich dziennikarzy i zdemontować studio telewizyjne, urządzone specjalnie po to, aby mogło niezwłocznie ogłosić jego zwycięstwo. Do tego jeszcze szef komisji wyborczej jakoś mu się wymknął i przed kamerami zagranicznych, imperialistycznych i reakcyjnych telewizji ogłosił prowizoryczne wyniki wyborów, w których Gbagbo znacznie przegrał (54% do 46%). Ten zmuszony był więc zamknąć wszystkie kłamliwe media zagraniczne, a także granice państwa i lotnisko w Abidżanie, bo co środowiska międzynarodowe będą mu się wtryniać w wewnętrzne sprawy jego państwa. Dopiero po anulowaniu wyników w siedmiu z dziewiętnastu okręgów wyborczych, w których przegrał sromotnie, uzyskał wymaganą większość głosów i Komisja Konstytucyjna stwierdziła, że wygrał. Zaraz zaprzysiągł się więc jako nowy prezydent. To nieprzejęzyczenie - miało być: zaprzysiągł się, a nie został zaprzysiężony, bo stwierdził, że co jakieś obce autorytety będą mu bruździły i podważały jego prawa do władzy. A tak, sam sobie jest panem i władcą (wypisz wymaluj młodszy brat Napoleona).

  

Wszystko jest więc w najlepszym porządku. Aby się o tym przekonać wystarczy włączyć telewizję: ludzie tańczą na ulicach i śpiewają; tłumy gratulują prezydentowi zwycięstwa praworządności nad imperialistycznymi zakusami Francji i Ameryki. Tylko głupie ONZ się czepia. Nic to, najwyżej się ich wyrzuci. A jeśli nałoży sankcje gospodarcze? No to ludzie będą głodować, ale na to nic już się nie da poradzić. Najważniejsze, że demokracja triumfuje! No, przynajmniej demokracja po murzyńsku.