32. Piment po raz drugi
16 października 2010 r.

Pomyślałem sobie, że po roku czasu zbierania nowych doświadczeń warto byłoby wrócić do niektórych tematów, o których już pisałem. Nie, nie przeczytacie tutaj historii o tym jak to głupi toubabou znowu wpakował do ust coś, czego nie powinien. Tym razem próbowałem zrozumieć, dlaczego ładuje się tu do wszystkiego tyle przypraw, w końcu docierając do ciekawej teorii.

  

Okazuje się bowiem, że nie chodzi tylko o dezynfekcję pożywienia o niewiadomym pochodzeniu. Otóż rodziny z reguły są tu wielodzietne i ubogie. Zresztą, nawet jeśli są nieco zamożniejsze, dzieciakami nikt się zbytnio nie przejmuje, ale o tym innym razem. Jedyny problem do rozwiązania sprowadza się więc do ich wyżywienia (czyt. "nie zagłodzenia na śmierć"). Kiedy więc jest kilkanaście gęb do wyżywienia, matka gotuje cały sagan ryżu i nie żałuje pimentu (piment jest tani). Wygłodzone dzieciaki rzucają się na jedzenie, ale bardzo szybko się przekonują, że coś jest nie tak. Zaczynają więc obficie popijać ryż wodą. Wskutek tego ryż w żołądku jeszcze bardziej pęcznieje i po kilku garściach nic więcej nie da się już w nim zmieścić. Można więc powiedzieć, że wszyscy najedli się do syta, a nawet jeszcze trochę zostało. No, tylko że potem to zboczenie ludziom pozostaje i każdy posiłek bez pimentu jest jakby bez smaku. Wiadomo: kuchnia mamy jest najlepszą na świecie!

  

Raz zostałem nawet poczęstowany pikantnym cukierkiem. Wcale nie żartuję: był słodki i jednocześnie porządnie szczypał w język - coś obrzydliwego! Kiedy nikt nie patrzył wyplułem świństwo w krzaki.