30. Bangui
18 września 2010 r.

Doświadczenie uczy, że kiedy słońce mocno przygrzewa, a człowiek nie ma za dużo roboty, w jego głowie lęgną się pomysły dziwne, niepokojące, a czasem po prostu głupie. Nie inaczej sprawa ma się z tematem niniejszej depeszy, ale po kolei.

Jeśli ktoś lubi szanty, z pewnością nieraz słyszał o zaletach palmowego wina, w ustach marynarzy urastającego wręcz do synonimu boskiej ambrozji. Jak kiedyś obiecałem, chciałbym dzisiaj nieco przybliżyć temat jego produkcji. Proszę jednocześnie, żeby nikt się tym nie gorszył: alkohol w różnej postaci stanowi nieodłączny element niemal każdej znanej nam dzisiaj kultury. Chcąc ją poznać bliżej, musimy to uwzględnić, nawet jeśli sami jesteśmy abstynentami. Poza tym sam Jezus, by ustanowić Sakrament Eucharystii, również posłużył się winem, a więc jakby nie było alkoholem, a nie czystą wodą albo kozim mlekiem. Jak mówi Psalm 104, to od Boga otrzymaliśmy wino, które rozwesela serce człowieka. Zatem, jak mawia z kolei mój tato: "Wszystko można, byleby z ostrożna".

  

Przed przystąpieniem do produkcji wina palmowego, zwanego tu bangui [bągi] trzeba najpierw znaleźć jakąś palmę do wycięcia. Im większa, tym lepsza, bo mieści w sobie więcej soków i więcej wina można z niej wyprodukować. No i ze względów duszpasterskich lepiej, żeby nie rosła tuż przy bramie wjazdowej...

  

Następnie trzeba ją wykopać - to najtrudniejsza część roboty. Fachowcom zajmuje to podobno 15 min. Ja, ze względu na brak wprawy i specjalistycznych narzędzi, męczyłem się prawie trzy godziny i kilka razy byłem już bliski rezygnacji. Kiedy palma leży już na ziemi odcinamy część liści, by dostać się do serca i wycinamy w nim sześcienną dziurę o boku mniej więcej 10 cm. Jeden z rogów przebijamy bambusową rurką i przykrywamy wszystko liśćmi z paproci oraz potrójną warstwą palmowego łyka (należy pamiętać o jego pozostawieniu w momencie obcinania liści). Pod bambusową rurkę podstawiamy kilku-litrowy bidon zawierający kilka mililitrów starej bangui, żeby zapoczątkować proces fermentacji. Jeśli akurat nie mamy jej pod ręką, teoretycznie można napluć do środka, ale to ostateczność. Całość zostawiamy na kilka godzin, podczas których sok z palmy powolutku skapuje do bidonu.

 

Wydajność palmy zależy od wielkości, rodzaju palmy, pory roku, a także umiejętności rzemieślnika. Na szczęście nasz ogrodnik zna się na tym jak mało kto (oprócz tego jest też niestety wielkim smakoszem trunków wszelkiego rodzaju). Przez cztery do sześciu tygodni bidon opróżniamy dwa razy dziennie (za każdym razem to ok. 1,5 litra mlecznopodobnego płynu), okrajając jednocześnie cienki plasterek serca od strony korzenia, a wieczorem dodatkowo wkładamy do dziury wiązkę płonącego chrustu. Wszystko to, by udrożnić kapilary, którymi spływa sok. Początkowo zebrany płyn jest słodkawy, a zawartość alkoholu znikoma. Po kilku godzinach nabiera jednak charakterystycznego, kwaskowatego smaku i mocy. Tak chyba musi smakować zacier na bimber (nigdy nie próbowałem, więc trudno mi to stwierdzić na pewno). Zresztą bangui można również destylować, otrzymując koutoukou [kutuku], czyli miejscową wódkę. Ale że w Polsce sztuka pędzenie bimbru nie umarła jeszcze zupełnie, nie zgłębiałem bliżej tego tematu. Z tego, co wiem, technologia jest bliźniaczo podobna do naszej rodzimej.

  

Nie jesteśmy oczywiście w stanie spożytkować sami całego wina (to ok. 3 l na dobę!). Obdzielamy więc nim znajomych, pracowników i przyjezdnych, zaskarbiając tym sobie jednocześnie ich wdzięczność i zawiązując serdeczniejsze więzy.