27. Afryka jakiej nie znałem

Koudougou, 15 grudnia 2015

Tak się złożyło, że w  pierwszych dniach pobytu w moim nowym kraju misyjnym towarzyszyłem mojemu biskupowi ordynariuszowi w wyjazdach na parafie oddalone do 100 kilometrów od Koudougou, miasta gdzie ma osiąść nasza klaretyńska wspólnota.

Wrażenie z pierwszych dni podsumuje tak: Afryka jakiej nie znałem...

Dwadzieścia cztery lata spędzone w Afryce, na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Mógłby człowiek myśleć, że już trochę widział, poznał, i wie. A jednak to nie tak. Oglądane z okna samochodu na przestrzeni dziesiątek kilometrów krajobrazy skłoniły mnie do bycia przygotowanym na „poznawczą pokorę” i do odkrywania na nowo.

Był koniec maja. Deszcz nie padał tu od końca września. Burawożółty krajobraz, z rachitycznymi drzewkami porozrzucanymi to tu to tam, aż po kraniec płaskiego widnokręgu. Coś jak koryta wysuszonych rzek czekające deszczowej pory? Od czasu do czasu jakieś siedlisko domków o kolorze ziemi. Zastanawiałem się jak tu może cokolwiek wyrosnąć w tym skamieniałym gruncie o kolorze gliny, wśród kamieni i żwiru. Jakże to inne niż krajobrazy dawnych tropikalnych lasów przerobionych na plantacje kawy, kakao i palm oleistych z okolic Soubré, skąd wyjechałem w połowie lutego po konsekracji kościoła. Minęły zaledwie trzy miesiące, wiec jeszcze czuję zapach, przepojony wilgocią, kilometrami ciągnących się, rozczapierzonych swymi wybujałymi pióropuszami gałęzi, setek palm oleistych. Jeszcze szukać chce odurzającej woni kwitnącej kawy, czy ostrego, nieznośnego odoru zastygłej w miseczkach żywicy drzew kauczukowych... A tu nic, tylko suchy, zakurzony bury upał, w którym i zieleń drzew jest jakaś inna, jakby „przepalona”. Nawet północ Wybrzeża Kości Słoniowej, granicząca z Burkina Faso, jest ogrodem w porównaniu z tym co tu zobaczyłem

Jedynie szybko zapadająca noc przypomina mi że jestem nie tak daleko od równika. No właśnie. Od terenów pasa tropikalnych lasów oddaliłem się zaledwie o jakieś 500 km w linii prostej, to przecież nie tak daleko. Tyle że trzeba spojrzeć na moje nowe miejsce pobytu z innej perspektywy. Trzeba napisać: przybliżyłem się o 500 kilometrów do pustyni – Sahary.

Miesiąc czerwiec był niepokojący – deszcze nie spadły, a powinny były. W końcu przyleciały na świętego Narodzin Jana Chrzciciela. Spadły po huraganowym wichrze, poprzedzone piaskową zadymą. Ochłodziły powietrze o dziesięć stopni i w końcu można było rześko odetchnąć. A potem już tylko z dnia na dzień podziwiałem cud przyrody, cud natury odradzającej się do życia. Po tygodniu od pierwszych kropli deszczu już nie pytałem, jak tu może cokolwiek wśród tych kamieni wyrosnąć. Jedynie patrzyłem i podziwiałem. Podziwiałem też pracowitość ludzi, kopaczkami przewracających rozmokły grunt, orzących małe poletka z pomocą osła zaprzęgniętego do pługa. W dzielnicy miasta, w której mieszkałem, nie było kawałka nie zagospodarowanej ziemi. Nawet boczne, nie asfaltowane oczywiście, ulice mojej dzielnicy, w dwóch trzecich ich szerokości zamieniały się w warzywniaki. Dziesiątki kilometrów półpustynnych terenów oglądanych w pierwszych dniach zmieniło się w przesycone intensywną zielenią pola kukurydzy, urodzajniejszej niż ta z kilometrowych plantacji hodowlanej kukurydzy, które widywałem w Stanach. Kukurydza, proso, orzeszki ziemne pokrywały niemal wszystko wokół.

W tym roku „rajska pora” trwała dłużej niż zazwyczaj – deszcze padały jeszcze w październiku. Gwarantowało to dobre zbiory. A teraz, od trzech tygodni jednostajna pogoda: 37 stopni w dzień, piekące słońce, upalny suchy wiatr. Zielony krajobraz jest wspomnieniem i gdybym go nie widział, nie uwierzyłbym, że na tej ziemi (znów półpustynnej, przy tym słońcu i upalnym wietrze) cokolwiek może się zazielenić. A jednak.

Robi się coraz goręcej. Ludzie mówią, że najtrudniejsze jeszcze przed nami. Suchy wiatr, dni z piaskową mgłą i coraz chłodniejsze noce, zapowiadają to, co znam z lat pobytu na Wybrzeżu Kości Słoniowej w wersji „light” – czas harmatanu. Wiatr znad Sahary docierał nad tereny Soubré i dawał się nieźle we znaki. Ale to było 500 kilometrów dalej od pustyni. Jeżeli czegoś w Burkina się obawiam, to właśnie tego okresu, który tutaj nie trwa tydzień, jak na Wybrzeżu, ale dwa do trzech miesięcy.

Przy tym opisie wrażeń ze spotkania z inna afrykańską naturą, niż ta którą znam, przychodzi mi na myśl wasze polskie upalne lato 2015. Poznaliście po trochu jak ciężko żyć w takich upałach. W wielu miejscach w kraju brakowało wody. Myślę że zmobilizuję się kiedyś i napiszę prośbę do naszej Prokury Misyjnej o pieniądze na studnie głębinowe. Łatwo jest powtarzać slogan „Bez wody nie ma życia na ziemi” gdy nigdy nie zaznało się braku wody. Tutaj ziemia jest urodzajna, tyle że chowa się pod warstwa kamieni i żwiru, czekając na pierwsze krople deszczu - na wodę rodzącą życie. Zapewne wielu z was zrozumie potrzebę właśnie takiej pomocy: wybudowania życiodajnej studni.

  

Po opisie spotkania z naturą powinien przyjść czas na opis spotkania z ludźmi. To będzie zapewne o wiele trudniejsze, bo i wiele bogatsze, i wymagające spojrzenia w głąb kultury, a raczej kultur współżyjących ze sobą. Już wiem, że mam być przygotowany na odkrywanie nowego. Znów mógłbym powiedzieć: przecież ich znam; prawie ćwierć wieku pracowałem w parafiach gdzie 80 procent wiernych, szczególnie na wioskach, to Burkinabe. W Bouaflé, mojej pierwszej misji, przynajmniej cztery wioski utworzone były przez emigrantów z Koudougou i okolic, terenów, które za kilka tygodni będę odwiedzał jako proboszcz. Wiem bo miałem ich karnety chrztu: parafia Katedralna Św. Augustyna, Koudougou. Część z moich byłych parafian już mnie odnalazła. A jednak nie powiem, że ich znam. Emigranci poszukujący pracy, a jedynie takich Burkinabe znam z Wybrzeża, różnią się od ich rodaków pozostałych w kraju. Tak jest przecież wszędzie.

Kolejnym opowiadaniem będą klaretyńskie początki w Burkina Faso. Na dziś niech wystarczy wzmianka ważnych wydarzeń, o których szczegółowe informacje możecie znaleźć na naszej klaretyńskiej stronie internetowej. Po niemal dwóch latach wymiany korespondencji, po wizytach rozpoznawczych, po moim pięciomiesięcznym pobycie w diecezji, Ojciec Prowincjał, ksiądz Krzysztof Gierat CMF, w ubiegłym tygodniu podpisał kontrakt miedzy Zgromadzeniem Misjonarzy Klaretynów i Diecezją Koudougou. Położony został kamień węgielny nowej fundacji klaretyńskiej. Wydarzenie wpisujące się również w historie tutejszego kościoła. Historię, którą tworzyć będziemy wspólnie: my na pierwszym froncie i rzesza przyjaciół w modlitewnym zapleczu. Parafia nam powierzona mieć będzie za Patronkę Matkę Boską Miłosierdzia. I właśnie Bożemu Miłosierdziu zawierzmy, za pośrednictwem Maryi, białe karty historii, które trzeba zapisać naszą modlitwą i pracą.

Przyjaciołom, szczególnie tym od klaretyńskich misji, nie trzeba przypominać na co liczymy... Do Świąt Bożego Narodzenia jeden adwentowy krok. Za tydzień będziemy śpiewać: „... a niebiosa niech spuszczą z deszczem Sprawiedliwego, niech się obudzi ziemia, niech się obudzi ziemia i wyda Zbawiciela”.  Życzę wam, by Bóg zesłał na was deszcz łask, ulewny deszcz łask, który może obudzić życie w najbardziej kamienistej glebie. I aby każdy z was wydał plon stokrotny, w pokoju radując się owocem pracy swoich rąk. I abym i ja był w tych życzeniach i w waszej pamięci.