16. Kolejny napad na misję

Soubré, 17-20 stycznia 2012

Po serii ataków rabunkowych na misje katolickie w październiku i listopadzie 2011 roku na terenie całego kraj, niektóre misje otrzymały oficjalną ochronę żandarmerii lub wojska. Na Notre Dame du Rosaire przydzielono 2 żołnierzy.

W piątek, dziesięć dni temu, lejtnant i kapral przyjechali poinformować nas, że ich misja ochrony parafii jest skończona. W kraju panuje „totalne bezpieczeństwo”. Jeżeli chcemy mamy podjąć procedurę na szczeblu ministerstwa, wtedy ewentualnie powrócą. Od tego dnia postanowiłem spać w nowym domu, a w pokoju-biurze funkcjonować za dnia. Brat Jan pozostał u siebie.

Dziewięć dni od ich deklaracji „totalnego bezpieczeństwa”, w nocy z niedzieli na poniedziałek 12 sierpnia miał miejsce kolejny napad na naszą misję.

Kilka minut po 3-ciej telefon brata Jana:

- Atakują mój pokój!

Dziwnym trafem nie spałem. Próbowałem na próżno połączyć się z policją, później z szefem rady parafialnej z podobnym efektem. Próżne tracenie czasu. Chwyciłem za syrenę alarmowa i zacząłem wyć. Obudziłem kleryka i kazałem mu wydzwaniać o pomoc, a sam kręciłem korbką ile sił. Kilka miesięcy temu użyłem sygnału po mszy, wyjaśniając parafianom mieszkającym w pobliżu misji, że mają wzywać pomocy dla nas, gdy usłyszą wycie syreny. Gdy się zmęczyłem, kręcił wystraszony kleryk. Odezwał się szef rady parafialnej informując, że udało mu się skontaktować z policją. To efekt telefonów naszego kleryka. Pozostało nam kręcić korbą syreny i czekać na policję. Suchy trzask serii kałasznikowa nieopodal naszych okien przerwał wycie syreny. Zadzwoniłem do Jaśka. Ku mojemu zdziwieniu odebrał telefon. Okazało się, że syrena wystraszyła złodziei. Spieszyli się. W pospiechu chyba zgubili zabrany telefon. Jan wyszedł bez szwanku.

Po kilku minutach pojawili się uzbrojeni mężczyźni, czyli żołnierze, bo policjanci nie mają broni. Było po czwartej. Wyszedłem by pójść do Jaśka. Przechodząc obok mojego pokoju zobaczyłem wyłamane kraty okna, rozbite szyby i firankę powiewającą na zewnątrz. Reszty można było się domyśleć. Zanim poszli do Jaśka spędzili sporo czasu u mnie, później w biurze a nawet w zakrystii.

  

 

Drewniane drzwi u Jana, wzmocnione od wewnątrz nie puściły. Złodzieje użyli tej samej metody, co u mnie – wyłamali kraty i weszli oknem. Zerwali mu złoty łańcuszek z krzyżykiem i zażądali pieniędzy. Kazali mu się położyć za łóżkiem i nie patrzeć w ich stronę. Wyszedł bez szwanku na ciele. Od wczoraj śpi w nowym domu tam gdzie ja.

Od rana defilowali urzędnicy policyjni i inni by nas pożałować i pospisywać raporty. Schemat podobny jak przed rokiem.

Ciąg dalszy historii nastąpi. Jest północ. Z każdej strony wyśpiewują muzułmańskie meczety – jakieś ich czuwanie, w którym musi uczestniczyć całe miasto... Pozostaje zagadka, jak to się dzieje, że od początku ofensywy wojsk republikańskich wstawiających prezydenta na jego stołek, żaden meczet, żaden imam nie został zaatakowany przez wojsko, ani przez najmniejszego złodziejaszka?

W czym my tu naprawdę uczestniczymy?