13. Napad na misję

Polska, 2011

[Poniższy tekst ukazywał się na blogu w częściach między 26 sierpnia a 13 września 2011,
ale z uwagi na ciągłość narracji postanowiłem połączyć je tutaj w jedną całość - przyp. redaktora].

Jestem w Polsce chociaż nie jest to rok mojego urlopu. Ewakuowałem się z Wybrzeża Kości Słoniowej i nie wiem kiedy tam wrócę...

To trzecie opowiadanie powojenne z misji w Soubré przedstawia wydarzenia, które powracającą w każdym moim śnie, w każdej chwili wyciszenia.

Była to noc z trzydziestego czerwca na pierwszego lipca tego roku. Nieszporami rozpoczęliśmy świętowanie Najświętszego Serca Jezusowego. Od połowy czerwca byłem sam na parafii. Brat Jan i brat Kazimierz pojechali na urlop, dołączając do o. Wojciecha, który wyjechał w maju. Na misji zamieszkało dwóch młodych mężczyzn. Jeden w pokoju brata Jana po drugiej stronie budynku kaplicy, w którym mieści się również biuro parafialne prowadzące do mojego pokój. Drugi w budynku plebani, oddalonym troszkę od kaplicy. Oni stanowili moje „nocne zabezpieczenie” w tym sensie, że gdyby cokolwiek się działo, ktoś z nas trzech zdąży wezwać pomoc.

Zazwyczaj kładę się spać około północy. W tę czwartkową noc musiałem posiedzieć trochę dłużej. Po sobotnio-niedzielnych egzaminach sporządzam listę dzieci i młodzieży dopuszczonych do chrztu.

W tym niespokojnym, wojennym roku jest ich tylko około sześćdziesiątki. Dochodziła godzina pierwsza w nocy. Porządkowałem dokumenty, zacząłem czuć znużenie, jutro dokończę. Nagle w ciszę nocy wdarł się jakiś podejrzany szum. Znam na pamięć wszystkie możliwe odgłosy domowego obejścia. Ten hałas był obcy, wrogi. Niemal jednocześnie z myślą: „nadchodzi niebezpieczeństwo” usłyszałem odgłosy uderzeń w drzwi wejściowe do biura. Odruchowo wyłączyłem komputer, złapałem za telefon i kartkę z przygotowanymi od dawna numerami telefonów. Otwarłem drzwi mojego pokoju i wrzasnąłem: „Dzwonię po policje!”. Zamknąłem drzwi i zabarykadowałem się stołem z fotokopiarka stojącą tuż obok. Rozłączyłem komputer i wrzuciłem go na szafę – gest, który stał się moim zwyczajem od niemal czterech miesięcy. Zapierając się przyciągnąłem do stołu z fotokopiarką szafę. Jednocześnie wybrałem numer telefonu kapitana, szefa bezpieczeństwa miasta. Nie odebrał telefonu. Spróbowałem więc dzwonić do Prefekta miasta. W chwili gdy ktoś odbierał telefon z trzaskiem tłuczonego szkła wyleciała szyba w oknie i ukazała się ręka z pistoletem. Firanka i zasłony uniemożliwiały z zewnątrz zlokalizowanie miejsca gdzie stałem. Oparty o szafę usiłowałem nie dopuścić do otwarcia drzwi. Zamek puścił jednak pod uderzeniami łomu. Napastnicy zdołali uchylić drzwi na tyle, by włożyć broń. Padło ostrzeżenie:

- Otwierasz, albo będziemy gadać inaczej!

Odpowiedź była natychmiastowa:

- Ok, uspokójcie się, otwieram, otwieram.

Jeszcze wyrzucając baterie z telefonu wpakowałem go do kosza z brudna bielizną. Ledwo co odsunąłem szafę, pod naporem dwóch mężczyzn drzwi otwarły się przesuwając stół z dość przecież ciężką fotokopiarką. Było ich trzech którzy wpadli do pokoju. Nie byli zamaskowani – widać nie obawiali się że biały człowiek może ich rozpoznać, zapamiętać ich t1warze. Pistolety w dłoni. Kazali mi dać pieniądze. Nie próbowałem nic kombinować ani dyskutować. Otwarłem szufladę biurka, pokazałem pudełko z pieniędzmi, tymi na bieżące wydatki. Niewiele tego zostało gdyż wieczorem grubą kasę przełożyłem do skrytki. Gest pistoletem i pytanie czy to tylko tyle?! Podniosłem kilka kartek na których leżało pudełeczko i wskazałem na banknoty „ukryte” pod spodem. Popchnęli mnie na fotel obok biurka, oceniwszy niewielką ilość pieniędzy zażądali pokazania reszty.

- Mam jeszcze, ale w monetach z niedzielnej składki” - mówiłem wskazując najniższą półkę z książkami.

Rzucili się na tę „ciężką zdobycz”, ładując wszystko do jakiegoś worka. Na szczęście było trochę tych drobniaków, co chyba przekonało ich, że grubszej forsy już nie znajdą.

- Dawaj Euro. Mówili nam że ty masz tu Euro!

- Mam trochę w portfelu.

- Dawaj portfel.

Wstałem by znaleźć saszetkę z dokumentami i portfelem. Wszystko ułożone od dawna w jednym miejscu, na wypadek gdyby trzeba było się szybko zwijać... Ale już jej tam nie było. Poganiany przez jednego z nich tłumaczę, że nie ma tam gdzie położyłem, więc któryś z nich musiał to już zabrać. Ten sam człowiek który mnie poganiał krzyknął na swoich kompanów, że mają natychmiast przynieść mu torebkę z portfelem. Bez zastrzeżeń rozkaz został wykonany. Trójka mężczyzn rzuciła się na portfel. Jakież było ich rozczarowanie gdy znaleźli jedynie 25 Euro, może z 15 dolarów i 100 polskich złotych.

- Jesteś Francuzem?

- Nie. Jestem Polakiem.

- Pola... co ?

- Polakiem. Słuchajcie - skorzystałem z okazji że oni pytali - weźcie sobie co chcecie, ale proszę zostawcie mi papiery, paszport. Wam to do niczego nie potrzebne, a ja będę miał naprawdę dużo kłopotów.

Ku mojemu zdziwieniu padł rozkaz :

- Daj mu papiery.

Jeden z drabów rzucił mi paszport na ziemie. Podał portfel i kazał wyciągnąć papiery. Pierwszą kartką był obrazek Świętej Faustyny. Podałem mu go mówiąc żeby sobie go zachował, a ja się będę za niego modlił. Machnął nade mną ręką ale mnie nie uderzył. Krzyczał że mam się pośpieszyć, a ten obrazek na nic mu nie jest potrzebny. Już nie kombinując powyciągałem polski dowód osobisty, prawo jazdy i pozostałe karteczki z rożnymi zapiskami. Wyrwał mi mój już dość sfatygowany pusty portfel i wrócił do przeszukiwania pokoju. Zostałem na jedynym pustym metrze kwadratowym pokoju, obok łóżka i wejścia do łazienki. Uklęknąłem, ściągnąłem z palca różaniec, prezent od mojego brata, z którym nigdy się nie rozstaję, i zacząłem się modlić. Nie patrzyłem na nich. Specjalnie opuściłem głowę, by nie śledzić co robią, by nie dać im wrażenia że się im przyglądam. Oni również przestali się mną przejmować, zajęci przekopywaniem wszystkiego. Chyba po pierwszej dziesiątce różańca skończyli.

- Kładź się na brzuchu, ręce do tylu. Zwiążę cię.

Próbowałem tłumaczyć, że to nie jest konieczne, że i tak za nimi nie wybiegnę, są przecież uzbrojeni. Jeden ze zbirów wyrzucał bieliznę z kosza na pranie. Znalazł telefon. Ze złością rzucił:

- Ty biały, schowałeś telefon!

- No, przepraszam, a ty byś nie schował? - odpowiedziałem spokojnie.

I tym razem też nie dostałem w gębę... Ciągnąłem dalej:

- Słuchaj, weź telefon bo go znalazłeś, ale zostaw mi proszę karty (telefon na dwie karty sim) – mam tam wszystkie numery z Polski, to polska komórka, rodzina, przyjaciele...

- Zostawcie mu kartę - padł rozkaz, który ponownie bez zastrzeżeń został wyegzekwowany.

Szykowali się do wyjścia. Czekali na tego który mnie wiązał. Gdy krępował mnie kablami urządzeń elektrycznych, które znalazł obok, drutem od telefonu, zdałem sobie sprawę, że w palcach ciągle trzymam złotą obrączkę różańca. Mimo iż próbowałem ją ukryć nie możliwym było, by jej nie dostrzegł. Nie wziął mi jej jednak. Może myślał że jest to mój amulet (obcych amuletów zasadniczo się nie dotyka)?

Minęło] piętnaście - dwadzieścia minut od ich wtargnięcia. Kilkakrotnie wrzeszczeli

- Dzwoniłeś na policję?!

Nie wiem czy to było pytanie, zarzut czy stwierdzenie. Zapewniałem ich, że dzwoniłem, ale nikt nie odebrał telefonu, co zresztą było zgodne z prawdą. Poza tym miałem wrażenie, że wiedzą, iż policja i tak się nie zjawi...

Któryś z nich zaproponował: "Rozwalmy go", ale pozostali nie podjęli nawet tej myśli. Inny proponował, by wziąć samochód, łatwiej im będzie zwiać.

- Bierzcie jeśli chcecie, kluczyki są na biurku obok świecy. Ale nie radzę, bo samochód już raz był w rękach żołnierzy i odebraliśmy go. Wszyscy w mieście znają to auto, więc możecie szybko wpaść.

Poskutkowało.

Zniknęli, pozostawiając mnie powiązanego jak zwierzaka. Poleżałem krótka chwilę nasłuchując, czy któryś z nich nie wraca, by jeszcze coś zabrać. Z uwolnieniem rąk nie miąłem żadnych problemów. Rozwiązanie poplątanych kablami u nóg okazało się niemożliwe wiec pozrywałem je. I tak nie przydadzą się już więcej – ich urządzenia powędrowały z nowymi właścicielami.

Wyszedłem z pokoju. Wchodząc do kaplicy spojrzałem przelotnie na rozkopane drzwi. Nie puściły przy zamku wzmocnionym po niedawnym włamaniu „w samo południe”. Musieli dosłownie „rozkopać” dolną partię, by ustąpił i zamek. Nie rozglądając się nawet, udałem się prosto przed Tabernakulum po drugiej stronie kaplicy. Wokół panowała niczym niezmącona cisza. Uklęknąłem przed Najświętszym Sakramentem i długą chwilę dziękowałem Bogu za opiekę. Cokolwiek by nie mówić: „Włos z głowy mi nie spadł”, cała reszta...

Pomyślałem o chłopaku, który mieszkał w pokoju brata Jana. Wyszedłem na zewnątrz, podszedłem do drzwi pokoju i cicho zawołałem go po imieniu.

- Ange.

Otworzył od razu. Widać nasłuchiwał, co się dzieje.

- Nic księdzu nie jest? Nic księdzu nie zrobili?

Poinformował mnie, że od razu gdy usłyszał łomot do moich drzwi zadzwonił do Prefekta miasta. Dogadał się z nim. Prefekt rozpoznał numer naszego telefonu, wiec wziął sprawę na poważnie. Poinformował kogo trzeba.

Wróciliśmy z Ange’m do mojego pokoju. Wśród porozrzucanych dokumentów próbowałem znaleźć tę kartkę z numerami telefonów. W końcu Ange podał mi numer do Prefekta. Chyba znów go obudziłem. Powiedziałem, ze już po wszystkim. On wyjaśnił że policja i służba bezpieczeństwa miasta zostały poinformowane od razu po telefonie od Ange’a. Gdy po godzinie od naszej rozmowy nikt nie zjawił się na misji, zadzwoniłem raz jeszcze do Prefekta. Tym razem nie odebrał telefonu.

Bezskutecznie poszukiwałem w walających się wszędzie papierach kartek z numerami telefonu do Prowincjała, do biskupa i do superiora w Abidjanie. W końcu, używając polskiej karty i telefonu od Ange’a, mogłem dodzwonić się do prowincjała. W Polsce musiało być około czwartej nad ranem. Poinformowałem co się stało i poprosiłem by zorganizował z naszymi czarnymi współbraćmi zastępstwo na parafii w Soubré do końca przyszłego tygodnia, mówiłem, chcę znaleźć się w Polsce. Obiecał oddzwonić rano. Do biskupa się nie dodzwoniłem. Powiadomiłem o całym zajściu i o mojej decyzji opuszczenia Wybrzeża jeszcze jedynie współbrata z Abidjanu.

Czas mijał powoli i dłużył się niemiłosiernie. Równie powoli ogarniało mnie znużenie i świadomość tego co przeżyłem. Bezradnie, bez sensu, bez celu przyglądałem się poprzestawianym meblom, powywalanym walizkom, porozrzucanym papierom, podnosząc i przekładając z miejsca na miejsce jakieś rzeczy. Dochodziła piąta rano. Poprosiłem Ange’a by pozostał w biurze, a ja spróbuję się zdrzemnąć. Usadowił się na krześle, a gdy po chwili tam zajrzałem, drzemał. Okryłem go jakimś kocem, a sam w ubraniu wyciągnąłem się na łóżku i zasnąłem. Jak co dzień, nawet w te dni gdy msza jest wieczorem, przed siódmą do kaplicy zaczną przychodzić pierwsi wierni. Mogłem i tak spać spokojnie – nawet gdyby ktoś tu wszedł, widząc pozostawione pobojowisko, sadzę że niczego więcej by nie ukradł.

Krótko po siódmej zawiadomiłem sąsiadujące z nami przez płot siostry. Przyszły od razu. Jedna z nich przyniosła aparat fotograficzny (mój zmienił właściciela). Inna poszła po chleb. Wspólnie zjedliśmy śniadanie. Cieszyłem się jak nigdy z ich obecności.

Policja zjawiła się około dziewiątej rano, by złożyć wyrazy współczucia i spisać protokół. Przyjechał również Prefekt w towarzystwie proboszcza sąsiedniej parafii i jakiegoś wojaka. Przyjąłem wyrazy współczucia, ale prywatnie, na stronie zapytałem Prefekta, dlaczego nie chce przyznać, że tak na prawdę to on do końca nad nikim nie panuje. Skoro na jego rozkaz, najwyższego reprezentanta władzy w mieście i województwie, nie pojawił się na misji żaden żołnierz ani policjant, to o czymś to świadczy.

Po ich odejściu przyszli jeszcze żandarmi – i znów ten sam scenariusz pytań i narzekań. Potem jeszcze jakiś lokalny dziennikarz z gazety o nie wiadomej mi opcji politycznej, którego odesłałem na inny dzień wymawiając się zmęczeniem.

Prowincjał zadzwonił rano, tak jak obiecał. Mogłem przygotowywać się do opuszczenia misji. Współbracia w Abidjanie dostali zalecenie zorganizowania zastępstwa w Soubré.

Pozornie życie wróciło do normy. Rano porozdzielałem roboty kilku mężczyznom, którzy przyszli pracować przy budowie kościoła. Wieczorem uroczysta msza Najświętszego Serca Jezusowego z kazaniem. Sobotnie święto Niepokalanego Serca Maryi. Wizyta mojego biskupa, który właśnie wracał z Abidjanu, więc wstąpił by mnie podtrzymać na duchu. Nie był zaskoczony, gdy poprosiłem go o pozwolenie na wyjazd z Soubré. Zdziwił się jednakże, gdy usłyszał, że to już za kilka dni. Uspokoiłem go zapewniając ze zastępcą będzie ksiądz z ośmioletnim stażem kapłańskim, który przez trzy lata pracował w Soubré. Później niedziela i nowy tydzień ze zwykłym codziennym rytmem zajęć duszpasterskich i prac z ludźmi przy budowie kościoła. Tak było aż do czwartku.

Na cały ten czas przeniosłem się do Sióstr, które zachęciły bym „ukrył się” u nich przed wspomnieniami i ludźmi przychodzącymi złożyć wyrazy współczucia. Przed ludźmi udało się rzeczywiście ukryć. Uciec od wspomnień..., z tym jest o wiele trudniej. Nawet teraz, choć minęły już prawie trzy tygodnie i po przebytych rekolekcjach próbuję „przyjść do siebie”.