12. Historii wojennej cześć dalsza – druga i mamy nadzieję ostatnia

Soubré, kwiecień 2011

[Poniższy tekst ukazywał się na blogu w częściach między 26 kwietnia a 15 czerwca 20011, ale z uwagi na ciągłość narracji i ponieważ dotyczy wydarzeń tylko jednego dnia, postanowiłem połączyć je tutaj w jedną całość; zdjęcia w większości pochodzą z nieco późniejszego okresu - przyp. redaktora].

Opisuje z pewnym opóźnieniem, chciałem ochłonąć to raz, i nie chciałem was niepokoić od razu po pierwszym liście...

Oprócz samochodu osobowego mamy również Toyotę pick-up 4x4 – dar Miwa Austria. To ten którym odwiedzaliśmy nasze liczne wioski. W dniu „najazdu” na miasto, rano, około ósmej godziny otrzymaliśmy informację, że właśnie takie auta przyciągają żołnierzy republiki, i że misja w Daloa została ograbiona. Brat Jan schował auto w lesie. Od tego momentu drżeliśmy niemal codziennie, czy go ktoś nie odkryje. Ponoć schowek tak odległy, że nie ma mowy by ktoś tam zaglądnął – tak twierdziła właścicielka lasu (kilka hektarów obsadzonych specjalnymi, szybko rosnącymi drzewami). Co dwa dni nasz ogrodnik jeździł doglądać auta.

Właściwie już przestałem się o nie martwic, gdy w środę, dokładnie tydzień po pierwszej wizycie sołdatów, brat Jan przyniósł mi wiadomość: „auto już jest odkryte, a wszystkie napisy "Misja Katolicka" wydrapane. Próba odpalenia auta „na druty” nie powiodła się, więc jeszcze jest w lesie.

Szybka decyzja – „Jedź do Prefekta, tylko on może coś konkretnie poradzić i zadziałać". Po dwóch godzinach, około osiemnastej, brat Jan przyjechał w samochodzie Prefekta z mechanikiem i żołnierzem przydzielonym przez kapitana od ochrony do eskorty naszego auta z lasu do miasta. Jan w pośpiechu zabrał klucze do Toyoty, moją latarkę (za niecała godzinę zapadać będzie noc) i pojechali. Ja zaś jak zawsze odprawiałem wieczorną środowa mszę, wypatrując co chwila czy Jan już nie wraca. Po dziewiętnastej jest już ciemno, zmierzch trwa tutaj niecałe pół godziny. Około dziewiętnastej trzydzieści Jan przyjechał nasza Toyotą, ale nie sam. Towarzyszyło mu już sześciu innych „żołnierzy”.

Nie było czasu na rozmowę. Rzucił tylko w progu: „Daj szybko 50.000 (odpowiednik 80 €), jestem zmęczony i mam dość”. Za nim, uzbrojony w kałasznikowa, stał „żołnierz”, tylko że nie ten który był przydzielony do obstawy. Szykując pieniądze zadzwoniłem do prefekta. Wszystko toczyło się wartko jak w filmie akcji. Wyszedłem do „gościa” wrzeszczącego już, że mam się pośpieszyć. Trzymając pieniądze w ręce stałem przed żołnierzem, rozmawiałem przez telefon z szefem miasta, który czekał na informacje o aucie. Żołnierz coś na mnie wrzeszczał. Prefekt pytał czy to na mnie tak ten ktoś wyzywa, ja mu na to, że nie tylko wyzywa, ale właśnie repetuje bron kierując ją w moim kierunku... Sam właściwie patrzyłem i mówiłem, nie wierząc, że to się naprawdę dzieje. Widząc, że nie zrobił na mnie większego efektu swoim gestem, zaklął i kazał mi przynieść forsę do auta. Poszedł, a ja wróciłem do siebie. Prefekt się rozłączył. Domyśliłem się, że będzie dzwonił do ich szefa. Po dłuższej chwili wyszedłem i chowając się w mroku kaplicy chciałem zobaczyć, czy sobie pojechali, czy nie. Myślałem że mnie nie zauważą. Zauważyli. Tym razem jakiś inny wrzasnął bym w końcu przyniósł te pieniądze. Wróciłem po przygotowana kupkę jak najdrobniejszych banknotów. Gdy podchodziłem do „gości” znów zadzwonił telefon. Ponownie prefekt i to w momencie, gdy żołnierzyk wykrzykiwał, że prefekta ma w ...., a ich kapitan nie ma z tym nic wspólnego, i że dlaczego komplikuję i mieszam w „umowie” jaką mieli z bratem!? Niewiele się zastanawiając wcisnąłem mu słuchawkę do reki, przyłożyłem do ucha, prosząc by sam powiedział prefektowi co o nim myśli. Gdy po chwili warczenia do słuchawki, zorientował się, że rozmawia rzeczywiście z prefektem, zmienił ton. Już nie chodziło o „jakiś okup", ale o "pomoc w zakupie benzyny"... nie słuchałem o czym mówili. Podszedłem z pieniędzmi w garści do pozostałych. Stali przy ciągle zapalonym aucie, zaparkowanym w bramie misji tak, by nikt nie mógł wejść ani wyjść. Zacząłem rozmawiać. Nie pamiętam co i jak dokładnie mówiłem. Pokazując „drobniaki” wyjaśniałem im, że okradają sami siebie, bo te pieniądze to ich matki przynoszą na tacę w niedzielę, aby ich „człowiek boży” tu mógł żyć i pracować. Że w tamtym tygodniu „ukradli” nam jeden samochód, a dziś atakują misję i księdza z powodu drugiego. To atakowanie misji im się wyraźnie nie spodobało i zaczęli się rzucać, ze „źle mówię”. Przeprosiłem, że to oczywiście nie oni atakują, ale że ja nie wiem, jak nazwać ich wizytę z bronią w ręku, w nocy po pieniądze? Pewnie, kiedy nasz nowy prezydent dowie się o tym, że jego żołnierze „odwiedzają w ten sposób misje katolickie” to na pewno będzie z nich bardzo dumny... Tamten od telefonu właśnie skończył i podchodził do nas, gdy jeden z moich słuchaczy, zamachawszy rękoma w geście odpychającym, dał hasło :

 - Zostawmy mu jego auto z jego pieniędzmi i jedziemy, a jego niech bóg błogosławi...

Nie do końca wiem, który z bogów słucha tak złorzecząco i szyderczo brzmiących modlitw jak te, co usłyszałem przed chwilą...

- Was tez niech Bóg strzeże na tej waszej wojnie...

Tego już chyba nawet nie dosłyszeli, pakowali się do swojego auta.

Nasza Toyotka nie mogła tu zostać. Rozkaz był by ja przywieźć na komendę, a potem do siedziby prefekta. Zanim wsiadłem do auta dałem coś mechanikowi, który z bratem Janem odpalał auto w lesie. Zażądał 5 razy więcej niż to co oferowałem, ale to było do przyjęcia, dostał co chciał. W aucie ofiarowałem żołnierzowi od ochrony większa kwotę – ale i ten zażądał dwa razy więcej. Ubiliśmy targu na „połowie podwyżki”. Łobuzom nie dam, ale ty zarobiłeś (no, nie do końca zarobił, bo swojej misji nie wypełnił jak należało).

Autko którym przejechaliśmy przez 5 lat tysiące kilometrów w buszu, ostro ucierpiało. Kierownica porozkręcana, przełączniki świateł, migacze – dyndające luzem na kablach. Zdziwiłem się, gdy chciałem zgasić motor – nie było w stacyjce klucza...

Samochód misyjny po 'działaniach wojennych': zerwane tablice rejestracyjne, napisy i rozbrojona elektryka...

 

Kilka minut później zatrzymałem się przy posterunku żandarmerii, przerobionym na komendę główną żołnierzy od ochrony miasta. Kapitan już stał na drodze. Nie mogłem wyjść, bo hamulec ręczny nie trzymał auta na pochyłej drodze. Rozmawialiśmy przez okno auta. Najpierw zdał relację żołnierz-ochroniarz. Od razu zostali wezwani ci, którzy przechwycili auto z bratem Janem, na kilometr może przed miastem. Kapitan wiedział juz o ich wizycie na misji. Wykrzykiwał na szefa grupy, który z podniesionymi rekami – gest chyba przysięgi na najwyższego, że on w tym nie maczał palców, że przecież kapitan go zna i on by się czegoś takiego nie dopuścił. Kapitan wiedział o akcji na misji zanim wysłuchał mojej wersji. Domyśliłem się, że to sprawa telefonów prefekta. Kapitan kazał mi wskazać tego, który skierował na mnie bron. Odmówiłem, mówiąc że oni są odważnymi mężczyznami, wiedzą kto to był, wiec mu powiedzą. Rozmowę przerwał telefon do kapitana. Znów dzwonił prefekt. Zrozumiałem, że musiał pytać o mnie, bo zdenerwowany kapitan informował go, że właśnie jestem cały i zdrowy, w tym moim aucie i że rozmawiamy. Pod naciskiem kapitana i innych, wskazałem na dwóch podobnie ubranych, i prosiłem, by nie pytali więcej, bo nie wiem który z nich żądał pieniędzy.

Przed odjazdem kapitan dał nam do ochrony na trzy noce tego samego „strzelca”, którego posłał do eskorty auta.

Było już po dwudziestej gdy dojechałem do siedziby prefekta. Zaparkowałem obok dwóch innych pick-upów schowanych tutaj przed łapczywością żołnierzy. Jak się okazało jedno z aut, już bez opon i nie wiadomo jakiego koloru, to auto samego prefekta, uprowadzone w pierwszym dniu i odzyskane po tygodniu – rozpoznał je tylko szofer... Ze zgaszeniem auta nie miałem problemu. Wszyscy młodzi kierowcy potrafią to zrobić – zdusiłem auto na jedynce. Pozostał problem świateł... Po dłuższym kombinowaniu udało mi się porozłączać odpowiednie kabelki. Zabrałem z auta motykę – po co ma tu leżeć, gdy może się przydać w ogrodzie. To moja zdobycz wojenna. Musiała należeć do tych, którzy odkryli auto i donieśli o nim żołnierzom. Używali jej do zdrapania napisów z drzwi.

Prefekt wspólnie z jakimś swoim ziomkiem siedzieli na tarasie, oglądali mecz pucharowy Manchesteru z kimś tam. Butelka niezłego francuskiego wina na stole. Dość rześki wieczór. Atmosfera na luzie, jakby przed chwila nie uczestniczył w całej tej nerwówce... Śmiali się z motyki w rekach białego proboszcza. Zamienił auto na motykę...! Coś tam o polskich misjonarzach wspomnieli, że żyją z ludźmi, że żyją tym co przepowiadają. To chyba w kontekście trochę innego stylu naszych poprzedników, misjonarzy – Francuzów. Wypiłem z litr wody. Nalałem sobie kapkę wina. Gdy zareagowali zdziwionym, udawanym zgorszeniem, wytłumaczyłem, że to tylko tak, by skosztować czy lepsze od mszalnego? W końcu luźna atmosfera udzieliła się i mnie. Chciałem wracać do domu, piechotą w towarzystwie mojego wojaka... Odradzili, że jednak niebezpiecznie, i że ten ziomek prefekta mnie odwiezie.

 Pogaduchy trwały z dobrą połowę meczu. W trakcie zadzwonił Jan. Bynajmniej, nie troszczył się o mnie, ale o rower – przyjechał do prefekta na swojej starej „a'la ukrainie” i postawił gdzieś pod drzewem. Chciał bym go „zabezpieczył”.

W drodze powrotnej znów zatrzymaliśmy się na posterunku wojska. Tym razem by zabrać reklamówkę z rzeczami naszego „ochroniarza”. Spotkanie przez szyby samochodów z kolegą mojego kierowcy, jak się okazało też moim parafianinem, policjantem z plemienia baoule, który jako jedyny czekał otwarcie na przyjazd wojska i przyłączył się do nich od pierwszych chwil. Swoim - chyba swoim - mercedesem lata osiemdziesiąte, patrolował nocą miasto. Pozdrowił mnie, pochwalił się, że jest w niedziele na mszach, ale z tyłu kaplicy i słucha kazań i że nawet zapamiętuje co nieco. Pytania, które mi zadał chyba wołałbym nie słyszeć:

- Jak to jest z tym „Nie zabijaj”? Bo my tutaj w tych dniach zrobiliśmy niejedno „puk – puk”.

- Odpowiedz znasz... O resztę zapytasz kiedyś osobiście „Szefa”.

Jechaliśmy już praktycznie jeden obok drugiego, dość wąską dziurawą drogą miasteczka. Zresztą nie wiem czy pytał, by usłyszeć odpowiedź, czy też by się podzielić tym, czym żyje. Wyprzedził nas z fantazja i sypnął kurzem spod kół. Kilometr dalej zadzwonił do kierowcy, ale rozmawiać chciał ze mną. „Donosił”, że ten co mnie wiezie też jest katolikiem, ale że ma pod łóżkiem swojego bożka pogańskiego i do kościoła nie chodzi. Mam go nawrócić! No tak. Uspokoiłem go, że gościu już się „wyspowiadał” w czasie rozmowy u prefekta, i że przekonuje nas do pogaństwa. Ponoć lepiej chroni, gdy ten garnek co trzyma pod łóżkiem, w którym mieszka moc jego boga, tak sobie rano i wieczorem weźmie w ręce, potrzyma i pogada do niego. Po chwili byliśmy na misji. Tu kończył się ten wieczór, jak nierealny film, w którym przyszło mi grać...

Chłopaki oczywiście czekali szukając jakiś wiadomości na kilku jeszcze działających kanałach. Coś przegryzłem. Nakarmiliśmy i zainstalowaliśmy „żołnierza”. Była prawie dwudziesta druga. Dość długo jeszcze siedzieliśmy z Jaskiem. Dopowiedział mi historię z lasu. Żołnierzyki-złodziejaszki, domagali się najpierw okupu 1.000.000 CFA (ok. 1400 €) by Jan mógł odwieźć auto do kapitana – czyli ich zwierzchnika. No w końcu biały ich wystrychnął na dudka dwa razy: ukrył auto, a gdy je znaleźli, to był szybszy. Gdy Jan ze spokojem zabrał tablice rejestracyjne i ruszył piechotą w stronę miasta, oznajmiając, że mają sobie auto zabrać, bo on tylu pieniędzy nie ma, po chwili dyskusji miedzy sobą dogonili go.

- Ty, biały, to ile możesz dać? Musieli się zdziwić, gdy rzucił im, że może znajdzie jakieś 50.000 (ok. 80 €). No ale przystali i na ten łup...

Na misji schroniła się rozdygotana ze strachu właścicielka pola – lasu, która pomagała nam chować auto. O tym ani ona ani nikt z nas nie pomyślał, co będzie gdy jednak auto na jej terenie odkryją? Kilka dni później przeszukiwali teren szukając broni...

20 sierpnia 2011

Mimo że nowy prezydent rozpoczął już swoje urzędowanie, w kraju nadal jest niespokojnie; wiele osób nie odważyło się wrócić do domów i emigruje do krajów sąsiednich, np. niespokojnej do niedawna Liberii.....