11. Gorąca relacja z wojny domowej

Soubré, 12 kwietnia 2011

Moi Drodzy,
Od dnia wyborów prezydenckich 28.11.2010 mój misyjny kraj wpadł w spiralę politycznych problemów. Jako jedyny kraj na świecie ma dwóch prezydentów! Mediacje przeróżnych organizacji nie dawały rezultatów. Ciągnęło się to 4 miesiące. Nie będę wchodził w zawikłane międzynarodowe układy, które może są kluczowym elementem tego konfliktu. W końcu szala przechyliła się i siły zbrojne popierające legalnie wybranego prezydenta zaczęły ofensywę...

Od poniedziałku 28 marca wiedzieliśmy, ze lada moment wojska republikańskie – bo tak się teraz kazały nazywać – wejdą do Soubré.

30 marca 2011r. godz. 14.00, przeżyliśmy wizytę „nowych wojsk”.

Kaplica wypełniona ludźmi (około 200 osób) – uciekli z domów spodziewając się represji ze strony wchodzących wojsk – najczęściej ludzie z plemienia dyktatora, rodziny policjantów, żandarmerii. Kobiety z dziećmi, młodzież, niewielu mężczyzn. Przybywało ich z godziny na godzinę. Mieszkam praktycznie w kaplicy. W pewnej chwili usłyszałem przeraźliwe, paniczne wrzaski. Zrozumiałem ze „weszli”. Wybiegłem do „gości”. Zobaczyłem po drugiej stronie kaplicy wysokiego szczupłego mężczyznę, z chustką w kolorach flagi amerykańskiej na twarzy i karabinem maszynowym. Przedzierali się wśród spanikowanych matek i dzieci przeszukując kaplicę. Jeden wpadł do zakrystii, tam do niego dotarłem. Uprosiłem żeby wyszedł z bronią z Domu Bożego. Zresztą i tak kierował się ku wyjściu. Jeszcze zanim opuściliśmy kaplicę wywrzeszczał mi do ucha potrząsając kałachem: „chcemy wasze auto”...

  

Trudno powiedzieć ilu ich na misje wtargnęło, może 6 może 8 „żołnierzy-wyzwolicieli”. Dziko się zachowywali, niektórzy z nich widocznie pod wpływem jakiś trunków, narkotyków, podekscytowani strzałami i jakby „uciechą” z ludzkiego strachu i paniki. Jeden, może dwóch było „normalnych”.

Pozbyliśmy się samochodu. W zasadzie nie było dyskusji. Argument kałasznikowa w ręku wystarczył...., choć próbowałem „uprosić”. Wyjazd za bramę misji zdobycznym misyjnym autem skwitowany został aplauzem dziesiątków dzieciaków i młodzieży z naszej dzielnicy, w większości muzułmańskiej. Wróciwszy do kaplicy włączyłem przenośny głośnik, uspokoiłem ludzi: możecie się nie obawiać. Widzieliście, że nie po was przyszli. Dostali co chcieli i poszli. Wyjdźcie odpocząć na świeże powietrze. Podziałało. Niemal poczułem oddech ulgi. Ktoś widział jak po wyjeździe „zdobywcy” oderwali tablice rejestracyjne.... Do wieczora, takich aut bez tablic jeździło po naszym miasteczku może z dwadzieścia. Nie minęło nawet pół godziny jak na misje wpadło znów kilku uzbrojonych. Ci też szukali auta. Nasz ogrodnik poinformował z zimna krwią, że ich koledzy juz zabrali co było. Wynieśli się zanim zdążyłem wyjść spod prysznica.

Pierwsza falanga przeszła przez miasteczko w ciągu może 6 godzin i pojechała dalej. Część została w miasteczku, bo słychać było od czasu do czasu pojedyncze „puknięcia”. Po nich napływało normalne wojsko, ci którzy mieli organizować na nowo życie w mieście.

Próbowałem dodzwonić się do biskupa, ale udało mi się złapać jedynie sekretarza. Z biskupem rozmawiałem dopiero wieczorem i to trzykrotnie, informując go na gorąco o tym co się dzieje na misji.

W środę msza jest wieczorem. Po kilku wcześniejszych prośbach i kategorycznym nakazie w końcu udało mi się wyprosić z kaplicy na czas mszy świętej wszystkich nie katolików. Ostatecznie zadziałał argument, ze jeżeli zostaną na naszej ofierze, to spali im ona ich amulety i fetysze, które ich chronią. Ogółem było już ponad 600 ludzi. Różaniec i msza. Jak co dzień. Udało nam się na chwilę zapomnieć o lęku. Mocno brzmiało „Ojcze nasz” wyśpiewane z uniesionymi połączonymi w bratnim uścisku rekami. Radosny i pełen nadziei był przekazywany „znak pokoju”.

W nocy ok. 22-giej, następna grupa nawiedziła misje. Przyszli szukać do sióstr "broni" bo donieśli im muzułmańscy smarkacze, że ponoć w klasztorze schowana jest broń. Od sióstr przeszli do nas. Kościół i salki wokół misji przepełnione były ludźmi. Ja w pokoju, z ukrywającym się lekarzem, który myślał, że żołnierze przyszli właśnie po niego... Pierwszy natknął się na nich brat Jan, który gasił na noc światło. Próbował rozmawiać, że kościół, że misja, ludzie się chronią, że my nie biznesmeni, ale misjonarze... Odpowiedź jednego z nich brzmiała: "A ja cię mam w d... Jestem muzułmaninem i g... mnie obchodzi, że to kościół i misjonarze". Wyprowadzili na zewnątrz mężczyzn i chłopaków, ale zanim zdarzyliśmy się z bratem Jaśkiem ruszyć, kazali im wracać do środka, do pozostałych ludzi. Nie za wiele spałem i tej nocy.

Następnego dnia dowiedziałem się, że można próbować odzyskiwać auta. Udałem się do Prefekta miasta - przedstawiciela rządu, jak wojewoda. Udaliśmy się do komendy "nowego wojska" , by rozmówić się z kapitanem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo w Soubré.... Obiecano mi ochronę obu misji katolickich. Ochrona nigdy się nie pojawiła.

W sobotę dowiedziałem się że znów nawiedzono siostry – tym razem na sąsiedniej parafii. Przestraszona siostra z naszej misji zrozumiała, że lada moment ta sama grupa ma przyjechać do nich po auto. Przypadkiem udało mi się złapać jednego z moich animatorów katechezy, który przejeżdżał na motorku. Zawiózł mnie do Prefekta. U tegoż zastałem pana kapitana od „obietnicy ochrony”. Przeprosił, że zapomniał i dał rozkaz jakiemuś kapralikowi, by wysłał dwóch ludzi na misję, oczywiście też nie przyszli.

  

Dzisiejsza niedziela minęła nadzwyczaj spokojnie. Ludzi mniej niż zazwyczaj, ale myślałem ze będzie gorzej. Są wierni, którym splądrowano domy. Do innych dojechała rodzina z umęczonego już Abidjanu. Ogłosiłem ze dzisiejsza taca będzie dla najbardziej potrzebujących. Trudne chwile budzą przeróżne odczucia... Będzie czas aby o tym myśleć... Najważniejsza jest w tej chwili nadzieja i prosta ludzka pomoc.

Na jutro zorganizowałem całodzienne czuwanie przed najświętszym sakramentem – nasza czwórka misjonarska wymieniać się będzie co godzinę. Włączyliśmy w to czuwanie trzech chłopaków, którzy chcą wstąpić do Zgromadzenia. W czwartek czuwać będzie parafia.

Mamy kontakt z naszym ambasadorem. Jest w Nigerii – kawał świata od nas, ale komunikacja działa. Pytał czy jest już konieczność ewakuacji. Trudna decyzja, złożony problem. Nie ma takiej konieczności na dzień dzisiejszy. Co przyniesie jutro – Bóg jeden wie. Siedzimy na beczce nienawiści etnicznej, podsycanej w tych dniach do ostateczności, wręcz nawoływanie do wojny. Soubré i okolica jest „ogniem przysypanym warstwą popiołu” jak określił to wczoraj Prefekt i z najmniejszym podmuchem wiatru może zapłonąć. Jeżeli nowa władza będzie umiała w najbliższych dniach zapanować nad swymi sołdatami, i nie dojdzie do walk etnicznych będzie dobrze. Jeśli nie, to zapanuje anarchia. Gdy to nastąpi, wówczas będziemy prosić o pomoc – tak odpisałem ambasadorowi.

Wiem, że po takim liście nawet nie muszę prosić o wasza modlitwę, nie, nie tylko za mnie – ale by Bóg nie dopuścił drugiej Rwandy, czy Jugosławii... Bóg zapłać.

Ufam, że do czasu Zmartwychwstania kraj ostygnie... i że będzie zaczynał nowy czas – leczenia ran, zmartwychwstania. Nie składam jeszcze świątecznych życzeń... A jeżeli już to życzę każdemu z was, każdej rodzinie, sąsiadom, abyście ze wszelkich sił strzegli pokoju w waszych sercach i wprowadzali pokój wokół Was.

Modlitwy potrzeba DZIŚ.