105. Kuchnia - ostateczna granica
28 czerwca 2014 r.

Tytuł niniejszej depeszy jest oczywiście parafrazą czołówki serialu „Star Trek - Next genaration” (jak ja lubiłem ten serial!). Jak się okazuje, „ostateczne granice” można spotkać nie tylko w kosmosie, ale i w rzeczywistości o wiele nam bliższej.

"Jednego tylko dania bałem się spróbować,
pieczeni z małpiszona, bo mógłbym haftować."

Tak opisywał swoje rozterki kulinarne mój stryj o. Andrzej Kobyliński CMF, któremu żadne pieczone małpy od dawna nie są już straszne. Nigdy nie przekonał się natomiast do… cebuli, za którą osobiście przepadam w każdej postaci. Mnie z kolei wydawało się kiedyś, że nigdy nie uda mi się przełknąć czegoś, co ma więcej niż cztery nogi. Tymczasem prażone termity okazały się całkiem smaczne, o czym już kiedyś pisałem. Wówczas zobaczyłem ich królową. Trochę trwało zanim zdecydowałem się ją skonsumować. Była usmażona, ale dowiedziałem się, że równie dobrze można wyssać ją na surowo…

Inną „ostateczną granicą” był kot (najpierw dziki, później domowy). Co prawda rozbolał mnie po nim brzuch, ale górę wzięły tu raczej względy psychologiczne, bo w smaku kocina okazała się całkiem niezła. Nie znaczy to wcale, że „ostateczna granica” przestała istnieć. Co to, to nie. Jedynie przesunęła się nieco dalej.

  

Od dziecka panicznie bałem się gąsienic. Nie zrozumcie mnie źle: bardzo lubię pająki, nietoperze uważam za jedne z najpiękniejszych stworzeń (zaraz po kotach), szczury nigdy nie napawały mnie obrzydzeniem, przemogłem strach przed karaluchami… Jednak gąsienice mają w sobie coś tak obrzydliwego, że na samą myśl o nich dostaję gęsiej skórki, a obserwuję je zawsze z mieszaniną wstrętu i niemal perwersyjnej fascynacji. Chyba najbardziej obrzydliwym jest rodzaj larw żerujący w zmurszałym drewnie lub starych pniach palmowych. Są białe, tłuste i na samo ich wspomnienie się wzdragam. Podanie ich w warzywnym sosie nie bardzo poprawia tę sytuację. Dodatkowo ich czarne głowy okazały się twarde nawet po ugotowaniu…

  

Przełknąłem dwie, choć przy drugiej przed „cofką” ratowałem się kieliszkiem czerwonego wina. Tymczasem niektóre plemiona jedzą je surowe. Jak sobie pomyślę, że mógłbym wziąć do ust coś, co jeszcze pośmiertnie mogłoby pełzać mi po języku, stwierdzam, że są granice, których przekraczać nie wolno…