100. Jubileusz
22 marca 2014 r.

Otwórzmy szampana i wznieśmy kielichy ku niebu, bo oto przed nami setna depesza! Przy tej okazji chciałem podziękować wszystkim przyjaciołom i znajomym za motywowanie mnie do pracy i duchowe wsparcie. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że bez Was dzisiejszy jubileusz nigdy nie miał by miejsca.

Przeglądam tak sobie te wszystkie wpisy i porównuję moje wcześniejsze przemyślenia z obecnymi. Wielu z tych tekstów już bym dzisiaj nie napisał… Dobrze więc, że napisałem je na czas, zanim jeszcze nad wieloma sprawami przeszedłem do porządku dziennego. Obecnie coraz częściej mam świadomość ślizgania się po powierzchni tematyki afrykańskiej i coraz mniej mam na jej temat do powiedzenia – o niektórych rzeczach po prostu opowiedzieć się nie da. Ale przecież ja nie o tym.

Na jubileusze zwykło zapraszać się gości, by samemu nie musieć wygłaszać długich przemówień. Postanowiłem więc zaprosić do pisania dalszej części niniejszej depeszy dwie osoby wychowane w najbliższym sąsiedztwie Polinowa, bo na ul. Targowej w Łosicach, które od początku stycznia do końca lutego gościły na naszej misji, pracując nad upiększeniem budowanego przez nas kościoła. Mowa o siostrach Waszkiewicz: Iwonie i Małgorzacie.

 

Afrykańskie zdziwienia

(Iwona Waszkiewicz)

Zanim przyjechałam na Wybrzeże Kości Słoniowej stworzyłam własne wyobrażenie tutejszego świata. Zderzenie z rzeczywistością pokazało, że nie wszystko wygląda tak, jak powinno. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że:

  • palmy zamiast w piachu rosną w trawie;
  • stada małp nie skaczą po drzewach (w czasie całego pobytu nie widziałam ani jednej);
  • słonie, zebry, żyrafy, lwy, hieny i inne dzikie zwierzęta zamiast przechadzać się wśród pól i drzew występują wyłącznie w twórczości ludowej (na batikach i jako rzeźby);
  • pająków jest znacznie mniej niż w Polsce;
  • chmary komarów i much nie unoszą się nad głowami;
  • w porze suchej potrafi spaść obfity, jak na polskie warunki, deszcz;
  • kozy i owce (żywe) da się przewozić na dachu busa;
  • świetnym materiałem na pokrycie dachu jest niezbyt gruba czarna folia;
  • Iworyjki, mieszkające na co dzień w brudnych lepiankach, wychodząc z domu przeobrażają się niemal w księżniczki, nienagannie ubrane i uczesane;
  • w barze nie może być zbyt czysto (powiedziałabym, że raczej jest brudno), żeby potencjalni klienci nie stwierdzili, że nie warto wchodzić, bo ceny są wygórowane;
  • piękne, długie włosy tutejszych kobiet nie są prawdziwe, a sztuczne, często przyszyte nitką do ich własnych krótkich włosów;
  • telefony komórkowe są w powszechnym użyciu (należy mieć kilka);
  • chińskie produkty są często postrzegane jako wysokiej jakości.

  

  

  

Iworyjska szkoła ikonograficzna

(Małgorzata Waszkiewicz)

Szkołami ikonograficznymi nazywa się style malarskie tworzone przez grupy ikonografów z konkretnego terenu. Do dziś historia sztuki zarejestrowała ich wiele, a najbardziej znane są: moskiewska, nowogrodzka, twerska, kreteńska. Każda z tych szkół rozwijała się w specyficznych warunkach i różne czynniki, od teologii po klimat, wpływały na charakterystyczną dla nich linię rysunku, kolorystykę, proporcję postaci.

  

 

W ostatnich dniach, bardziej z przypadku niż chęci wpisania się w dzieje sztuki powszechnej, powstała niepowtarzalna, afrykańska szkoła iworyjska. Przyjechała tu jako ikonograf kształcony w bielskiej szkole, a więc z głową pełną najstarszych wzorców, na których bazuję z wielką fascynacją, geniuszem Teofana Greka i Rublowa, plikiem szkiców Drogi Krzyżowej nawiązujących do starych ikon i fresków i… Okazało się, że nie będzie tak prosto prostotę i głębię ikon przekazać Iworyjczykom, którym nawet sztuka użytkowa nie zawsze i wszędzie jest potrzebna.

Na dodatek znamienna dla ikonografii symbolika kolorów musiała usunąć się na dalszy plan wobec nieokiełznanej barwności tutejszych strojów. Zachować symbolikę kolorów było warto, ale trzeba też było pomyśleć o uczynieniu jej bardziej zrozumiałą dla Iworyjczyków. Fałdziste szaty znane z ikon przyszło zamienić na tradycyjne ubiory lokalne, których symboliki nawet nie byłam świadoma pracując nad szkicami Drogi Krzyżowej w Polsce. Musiałam też zmierzyć się z tutejszą gamą barw. Co ja mówię gamą – tłum na ulicy to nie żadna gama, tylko trzy symfonie barw jednocześnie zagrane. Pozakręcała słoiki ze spokojnymi ziemnymi pigmentami i już była gotowa baza kolorystyczna.

  

 

Pojawił się jeszcze jeden czynnik, który ukształtował tutejszą szkołę ikonograficzną – czas, a właściwie jego brak, bo przecież wszyscy mamy przed oczami cierpliwego mnicha piszącego ikonę całymi tygodniami. Tymczasem tygodni było siedem, stacji drogi krzyżowej w sumie dwadzieścia osiem i jeszcze paręnaście metrów fresku na okrasę. Wymusiło to szlachetną prostotę linii, o jaką się twórca nawet nie posądzał.

W ten sposób powstała iworyjska szkoła ikonograficzna: prosta w rysunku, barwna jak tylko farby pozwolą, pozbawiona hitonów i himetronów, za to nawiązująca do lokalnych wyrobów krawieckich. Na dodatek postaci nabrały nieco negroidalnych rysów, a skóra pociemniała im od afrykańskiego słońca. Po tylu zmianach strzeliste domki z dachówkami stały się elementem zupełnie niepasującym, więc zastąpiły je trochę wyidealizowane chaty, przy których wyrosły palmy, bananowce i mangowce.

  

Jako twórca nie znajduję innych cech szkoły iworyjskiej. Czasami nie umiem oprzeć się starym nawykom i moje poczynania ikonograficzne nieco zbyt ciążą ku Bizancjum, jak na tutejszym fresku, niemniej pozostaje prostota linii i bogactwo koloru, którą spotyka się tylko w tej szkole.

Z dawna twórcy mogę też pochwalić się dwoma uczniami. Pierwsza to moja polska asystentka, która bezbłędnie opanowała znamienną dla szkoły iworyjskiej kolorystykę. Druga to dziewczyna stąd, która styl iworyjski ma we krwi, jak się okazało, bo już dwie pierwsze ikony napisane przez nią doskonale wpisały się w tworzony nurt. Dwa miesiące, dwie Drogi Krzyżowe, dwa freski i dwóch uczniów… Tak, szkoła iworyjska rozwija się prężnie.