1. O początkach

Z Echo z Afryki 2002

Kiedy przed trzema blisko laty przybyłem do parafii Świętych Męczenników z Ougandy w Soubré na Wybrzeżu Kości Słoniowej, znalazłem po moim przyjacielu ks. Macieju Paramuszczaku, który musiał odjechać z powodów zdrowotnych, prenumeratę misyjnego czasopisma „Echo z Afryki”. Było ono dla mnie, jedynego Polaka w diecezji, cennym kontaktem z tym co dzieje się gdzie indziej na misjonarskich ścieżkach. Wielokrotnie myślałem sobie w duchu: “A czemu bym i ja nie miał spróbować napisać czegoś o naszej misji?”. Nie jest to łatwe, gdy nie ma się talentu do pisania ( i z ortografii nie jest się zbyt mocnym) i wszystko, co przelewasz na papier zdaje ci się tuż po napisaniu tak “nieprawdziwe” tak bezbarwne w porównaniu z kolorytem przeżyć i doznań każdego z misyjnych wyjazdów. Zapewne wielu misjonarzy tak myśli, bo stwierdziłem iż tych misyjnych relacji nie ma zbyt wiele, szczególnie od ludzi, którzy pracują na co dzień w Afryce. Spróbuje się wiec mimo wszystko podzielić z wami moimi doświadczeniami, i jeżeli uznacie ze warto, niech stanie się to moje doświadczenie bogactwem wspólnym.

Kilka słów o naszej malej ekipie misjonarskiej: Należymy do Zgromadzenia Misjonarzy Synów Niepokalanego Serca Maryi, Misjonarzy Klaretynów, ja, ksiądz Zbigniew Łaś i brat Jan Mężyk. Świecenia kapłańskie otrzymałem w 1988 roku we Wrocławiu. Dwa pierwsze lata pracy kapłańskiej miałem szczęście i radość przepracować w wielkiej, nowo powstałej parafii Matki Boskiej Jasnogórskiej w diecezji Łódzkiej na Widzewie. Wprowadzali mnie w kapłańska posługę: świątobliwy ks. Proboszcz, budowniczy, dziś już świętej pamięci, ks. Zdzisław Wujak, oraz wspaniali kapłani i przyjaciele: ks. Andrzej, ks. Piotr i ks. Czesław. Brat Jan, złożył swoja wieczysta profesję już na afrykańskiej ziemi w 1994 roku. Obaj opuściliśmy Polskę w 1990 roku, by po przygotowaniu językowym we Francji rozpocząć prace misyjna we wrześniu 1991 roku na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Prowincja Polska Klaretynów otwierała swe pierwsze placówki w Afryce.: powstała wspólnota w stolicy kraju Abidżanie, oraz w centrum kraju w Bouaflé, niedaleko słynnej już bazyliki Matki Boskiej Pokoju w Yamoussoukro. Od 1992 do 1998 sprawowałem funkcję proboszcza na misji w Bouaflé, i wspólnie z bratem Janem rozwijaliśmy i rozbudowywaliśmy to co zostawiła pierwsza generacja misjonarzy, francuzów ze Zgromadzenia Misji Afrykańskich. Dla nas obu było to pierwsze zetkniecie się z rodzącym się kościołem w Afryce, a na dodatek od razu w roli jego współtwórców.

Później obaj mieliśmy okres przerwy, odnowy fizycznej, duchowej i intelektualnej, po to, by powrócić, z woli bożej opatrzności do pracy na misjach. Tym razem naszym zadaniem jest stworzenie całkiem nowej parafii. Marzy nam się, z pomocą Bożą wybudować sanktuarium tej która jest patronka parafii: Sanktuarium Matki Boskiej Różańcowej.

Wszystko zaczęło się oficjalnie w lipcu 2001 roku zgoda wyrażona przez Zarząd Prowincji Polskiej Klaretynów na otwarcie placówki w Soubré, gdzie przebywałem już od dwu lat przygotowując struktury nowej parafii. Biskup Diecezji Misyjnej San Pedro, Barthélémy Djabla od razu potwierdził decyzje utworzenia nowej parafii na afrykańskiej ziemi. Radość tym większa iż parafia powierzona zostanie pod opiekę Matce Boskiej Różańcowej. Dnia 1-ego listopada 2001 zostałem mianowany jej pierwszym proboszczem - o czym nie myślałem w najśmielszych nawet mych misyjnych marzeniach, a brat Jan Mężyk został mianowany moim wikariuszem (brat zakonny “wikarym” - no cóż misje!). Tego dnia imię Ojca Klareta zabrzmiało na wszystkich ustach…

 

Soubré, miejscowość w której powstaje nowa misja, jest jednym z większych miast kraju. Usytuowane w najbogatszym regionie rolniczym kraju - drugie miejsce w świecie pod względem produkcji kakao - Soubré jest miastem przyszłości z planami konstrukcji zapory wodnej i elektrowni. Cztery duże dzielnice tworzą teren naszej parafii w mieście. Obecnie teren nowej misji znajduje się na skraju tychże dzielnic, lecz ciągle prowadzone są prace geodezyjne wytyczające granice nowych dzielnic z drugiej strony misji. Teren jest duży - blisko 4 hektary. Dzielimy go z katolicka szkołą podstawowa, która funkcjonuje już od 6-ciu lat, oraz ze Zgromadzeniem Sióstr Matki Boskiej Kalwaryjskiej. Na teren kościoła i parafii zostaje jeszcze dwa hektary na których ma powstać wszystko to co potrzebne do funkcjonowania kościoła - parafii, domu zakonnego i wszystko co wymyślimy, co wybudujemy...

Nowa misja to również 36 wspólnot na wioskach położonych w buszu i na plantacjach kawy, kakao i palm oleistych. To 36 małych kościołów rozrzuconych na przestrzeni dziesiątków kilometrów - dość powiedzieć że do pięciu najdalej położonych trzeba jechać 85 do 115 kilometrów! I to wszystko po pistach czyli leśnych bezdrożach. Każda ze wspólnot ma swoja kaplice, swego szefa z jego zastępcą, oraz katechistę. Pracuję na tym terenie już od dwóch lat, z tym że dopiero od otwarcia parafii mam swobodę działania i możliwość planowania.

Trzy tygodnie od mojego przyjazdu do Soubré w 1999 roku, biskup z proboszczem podjęli decyzje o nieformalnym podziale istniejącej, ogromnej parafii-misji Świętych Męczenników z Ougandy na dwie części. Od lat widziano te konieczność. Parafia poza wielkim miastem liczyła 90 wiosek! Tak wiec jedna część parafii zastała powierzona mnie. Wierni z czterech dzielnic miasta dostali nakaz nie przychodzenia do kościoła parafialnego na niedzielne msze... Ich nowym miejscem modlitw miała być sala po drugiej stronie miasta.

W niedziele 17 października 1999 roku odprawiłem pierwsza msze święta na tym miejscu z grupa ok 150 wiernych. Nigdy nie zapomnę tej daty - jest to dzień urodzin mojej mamy, która zmarła na raka w marcu tego samego roku... ta która tak bardzo żyła moja praca misyjna... Wierze, że jest tu od początku ze mną...

Formalnie istniała oczywiście jedna parafia. Ja mieszkałem i tworzyłem wspólnotę kapłańska z dwoma misjonarzami fidei-donum ze Słowenii, dojeżdżając co rano “do siebie”.

Spróbujcie wyobrazić sobie moje tu początki: na skraju polnej drogi kawałek uporządkowanego terenu wokół budynku - kaplicy z kilkoma salkami i dwoma pokojami - mieszkaniem przyszłego proboszcza. Jest prąd, ale nie ma wody. Wokoło chaszcze, coś w rodzaju naszych zagajników - maliniaków. Na całym terenie misji około trzydziestu rodzin osiedlonych “na dziko” w domkach z niewypalanych cegieł, pokrytych specjalnie plecionymi liśćmi palmowymi. Jeden z tych domków posłuży w przyszłości za mieszkanie bratu Janowi. Do kolorytu całości krajobrazu dorzucić trzeba setki krów defilujących co rano z pobliskiego legowiska na pastwisko. Stada maszerują po ulicach miasta i żaden mer nie umie sobie z tym poradzić. Co niedziele zaglądało mi to bydełko do drzwi kaplicy odpowiadając na moje pozdrowienie wiernych: “Le Seigneur soit avec vous“ : “MUUU“.

Nasze początki duszpasterskie to organizacja grupy świeckich, którzy będą tworzyć Rade Wspólnoty Matki Bożej Różańcowej. To udało się stosunkowo łatwo, ludzie przyjęli podział z dużym entuzjazmem. Najtrudniej było zorganizować katechezę: dzieci, młodzież, dorośli - po francusku oraz w dwóch językach lokalnych: w sumie 16 grup, a ja na pierwszym spotkaniu przygotowawczym miałem z moich dzielnic jednego jedynego katechetę !

I nie znałem tu nikogo. Proboszcz, gdy go prosiłem o jakieś wskazówki miał jedno tylko powiedzenie: organizuj, poradzisz sobie... stara misjonarska szkoła...

Wspólnie z moja Rada od pierwszych tygodni zorganizowaliśmy składki na nagłośnienie sali-kaplicy, sprzęt liturgiczny i dekoracje. Uważaliśmy ze są to najważniejsze rzeczy. Najdroższe były księgi liturgiczne, ale już po Bożym Narodzeniu mogliśmy zakupić mszał i lekcjonarz. Kielich i puszkę otrzymałem od przyjaciół - Ksiądz Proboszcz Matki Boskiej Jasnogórskiej z Lodzi-Widzewa za pośrednictwem kola misyjnego sprezentował mi święte naczynia - jakże to odciążyło nasze wydatki! Mogliśmy przystąpić do realizacji następnego punktu wytyczonych wraz z Rada planów. Zaczęliśmy stawiać część płotu dla odgrodzenia kaplicy od drogi - pastwiska. Wkrótce również i siostry sąsiadujące z terenem kaplicy, rozpoczęły budowę wielkiego internatu dla dziewcząt ze szkół średnich. Moja korzyścią było to, że odgrodziły swój teren, czyli zyskałem 90 metrów płotu i miejsce kultu zostało osłonięte z dwu stron.

Organizując nasze małe “podwórko” poznawałem jednocześnie styl pracy parafii - realizowałem przecież ten sam program duszpasterski wytyczony przez proboszcza, doświadczonego misjonarza i tytana pracy. Przyznam, że w jego parafii czułem się znów jak stażysta - uczyłem się wiele od starszego przyjaciela misjonarza. Jedne z najlepiej w kraju zorganizowanych “wspólnoty podstawowe” - czyli kościół w dzielnicach miasta. Tydzień duszpasterski na początku roku duszpasterskiego, czyli akcje i rekolekcje dla wszystkich parafian w mieście. Przygotowania cotygodniowe animatorów prowadzących katechezę i spotkania w dzielnicach. W okresie wielkiego postu - drogi krzyżowej biegnącej ulicami poszczególnych dzielnic. Pielgrzymka parafialna do sanktuariów maryjnych, jednodniowa pielgrzymka piesza w czasie wielkiego postu : osobno dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Dni powołaniowe z zapraszanym corocznie innym Zgromadzeniem Zakonnym. Dni skupienia i formacja dla katechetów, animatorów i nauczycieli szkol katolickich... Nie wspominam oczywiście o licznych przyparafialnych grupach i organizacjach kościelnych. Tygodniowa formacja dla katechistów z wiosek z planowaniem pracy duszpasterskiej na bieżący rok. Naprawdę czas nie dłużył mi się w tej szkole duszpasterstwa, mnie, który uważałem, że po latach pracy w Bouaflé (moja poprzednia misja gdzie byłem proboszczem przez siedem lat) znam się trochę na misjonarskim fachu... Sam nie wiem kiedy minął pierwszy rok, rok po którym, według życzenia O. Generała, miała zapaść decyzja co do mojej przyszłości, co do przyszłości naszej przyszłej klaretyńskiej parafii...

Zbliżał się koniec roku duszpasterskiego 2000. Wraz z wiernymi oczekiwaliśmy na modlitwie decyzji nowego zarządu prowincji... A potem przyszedł miesiąc maj roku 2000 i nasze prośby zanoszone przez Maryję do Boga jednoczyły się z prośbami całej klaretyńskiej rodziny... Nowo wybrani Ojciec Prowincjał i jego zastępca ulegli ciężkiemu wypadkowi samochodowemu. Ojciec prowincjał z uszkodzona czaszka i licznymi obrażeniami, nieprzytomny, przez kilka tygodni walczył o życie. Wice-prowincjał z naruszonym kręgosłupem nie był pewny swojej przyszłości. Dzięki Bogu, nowiny z Polski z miesiąca na miesiąc były coraz pomyślniejsze. Ja w oczekiwaniu ostatecznej decyzji, pozostawałem ciągle w nieformalnej parafii.

W drugim roku było już dużo łatwiej. W mieście poznałem już dość dobrze moich współpracowników świeckich - wiedziałem komu mogę ze spokojem powierzyć część odpowiedzialności duszpasterskiej. A i siostry zakonne Afrykanki, choć młode, prosto po pierwszych ślubach, okazały się dojrzałymi, odważnymi współpracownicami. Tworzyliśmy wraz ze świeckimi grupę ciesząca się wspólną praca dla Boga i Jego Matki, wspólnotę świadomie kładącą podwaliny pod nowy dom boży...

Teraz mogłem przeznaczyć więcej sił i czasu dla wspólnot na wioskach. Styl pracy duszpasterskiej z tymi wspólnotami jakże różny jest od pracy w mieście. Wszystko rozpoczyna się we wrześniu od tygodniowej formacji katechistów - czyli ludzi świeckich prowadzących duszpasterstwo i w swoich wspólnotach zastępując na ile to możliwe kapłana. Rekolekcje, podsumowanie poprzedniego roku, formacja i plan na nowy rok duszpasterski. Później wracają do odległych kaplic i w oczekiwaniu na wizytę księdza prowadza modlitwy, celebracje Słowa Bożego w niedziele, pogrzeby, no a przede wszystkim katechumenat. Od października do początku grudnia odwiedzam wszystkie wspólnoty pozostając w buszu od dwu do pięciu dni. Muszę zdążyć przeegzaminować katechumenów trzeciego roku. Jest to czas dopuszczenia do sakramentów chrztu pierwszej komunii i małżeństwa. Egzaminuję każdego osobiście. Szef wspólnoty wraz z katechista przedstawiają kandydata biorąc pod uwagę jego zaangażowanie w życie kościoła na przestrzeni trzech lat katechumenatu. Egzaminy przeprowadzam w języku francuskim i, przy pomocy katechisty, w trzech rożnych językach lokalnych. W grudniu jeszcze przed świętami, z tymi którym się powiodło na egzaminie, odprawiam trzydniowe rekolekcje przed chrztem. Ze względu na ogromne odległości miedzy wioskami muszę prowadzić trzy serie rekolekcji w trzech centralnie położonych wspólnotach.

 

W ten sposób Boże Narodzenie “łapie mnie w biegu”. Bez chwili przerwy rozpoczyna się drugi cykl wizyt na wioskach. Tym razem po to by świętować chrzty, śluby, komunie święta, a przy okazji i nowy rok. W końcu grudnia rozpoczyna się pora sucha wiec, mimo że w kurzu i nieznośnym upale, jest mi łatwiej. Starym peugeotem 205 dojeżdżam do większości wiosek, choć nieraz przychodzi mi zostawić autko w jakiejś wiosce i przemierzać pieszo, na rowerze lub motocyklu pożyczonym w wiosce (czasami od muzułmanina!...) odległości od 10 do 65-ciu kilometrów. Oczywiście robię to w kilka dni. Samochód, który używam należy do przyjaciela Ks. Maćka Paramuszczaka, który pracował dokładnie na tym terenie rok przed moim przyjazdem. Mimo trudów wszędzie trzeba dotrzeć z sakramentami do których ludzie przygotowywali się przez lata... póki Bóg daje zdrowie i siły.

 

Z początkiem marca, choć jeszcze nie przebrzmiały świąteczne, radosne uderzenia tam-tamów, my już palimy gałęzie palmowe z ubiegłorocznej niedzieli palmowej, by rozpocząć Wielki Post. Dla mnie to sygnał kolejnego pakowania misyjnej walizki-kaplicy, która używam do sprawowania Eucharystii na wioskach – i rozpoczęcia trzeciego cyklu wizyt we wspólnotach. Teraz kolej na egzaminy katechumenów pierwszego i drugiego roku. Z każdym muszę rozmawiać oddzielnie, inaczej nie ma większej motywacji i poziom opada. Trzeba zdążyć z egzaminami do świąt. A nie jest to jedyne zadanie. W czasie wielkiego postu trzeba przecież dać duchowa strawę również i ochrzczonym. Tak wiec do trzech rożnych centralnie położonych wspólnot schodzą się wierni z pobliskich kaplic na pielgrzymkę i nocne wielkopostne czuwanie, które kończę msza święta. Jest i zwyczaj, że co roku jakiś symbol naszej wiary pielgrzymuje w tym okresie od wioski do wioski. W roku Jubileuszu był to krzyż. W tym roku wybraliśmy różaniec, oręż Matki Boskiej patronki nowej parafii, wiec poczekamy do maja. Wokół tego symbolu skupiamy katechezę i modlitwy wiernych.

Z końcem marca i początkiem kwietnia tropikalny deszcz zaleje i tak trudno przejezdne drogi. Wizyty na wioskach będą rzadsze, ale nie ustaną. Pozostało przecież jeszcze najważniejsze wydarzenie roku: wizyta biskupa i udzielenie sakramentu bierzmowania. “Szef” kościoła przyjeżdża do wybranej wspólnoty, co roku do innej. Wierni z wszystkich wiosek schodzą się, by wspólnie z nim odprawić msze święta, wysłuchać nauki biskupa, przeżyć chwile “wspólnoty”. Ta manifestacja wspólnoty i siły ważna jest dla moich chrześcijan, którzy są przecież mniejszością w środowisku zdominowanym religiami tradycyjnymi i islamem. Wyrazem ich wdzięczności jest choćby to, że Biskup nigdy nie odjeżdża z pustymi rekami.

W miesiącach czerwcu, lipcu i sierpniu jest “spokojniej”. Organizuję spotkania - ponownie w trzech sektorach - z szefami wspólnot, katechistami i wszystkimi odpowiedzialnymi. Jest to jednodniowa formacja odpowiedzialnych za funkcjonowanie wspólnot, dzielenie się osiągnięciami i dyskusje nad problemami każdej ze wspólnot. W tym samym czasie przeprowadzam na wioskach jednodniowe rekolekcje dla rodziców chcących ochrzcić dzieci. Z pierwszymi opadami deszczu ludzie na plantacjach powrócą do ciężkiej pracy - czas ucieka i trzeba zdążyć zasiać kukurydzę i ryz, by móc cieszyć się zbiorami. Inaczej słońce wypali wszystko do cna.

Jak widać życie na naszej misji podzielone jest na dwa sektory. Pierwszy to wspólnota wiernych w mieście. Drugi, ten autentycznie misyjny, to wspólnoty na wioskach. O duszpasterstwie w mieście na razie nie pisze, bo nie odbiega ono zasadniczo od stylu pracy w miejskich parafiach całego świata, no może jedynie tutaj, trzeba przekazać rzeczywistej odpowiedzialności za kościół ludziom świeckim. To przecież oni kładą podwaliny afrykańskiego kościoła, nie otrzymali go w spadku po pradziadach.

  

Napisałem już sporo, a ciągle mam wrażenie, ze niewiele wam przekazałem, bo przecież każdy wyjazd na wioskę jest dla mnie osobnym przeżyciem i nadawałby się na osobna opowieść. Każda ze wspólnot ma swoja historię. Mam nadzieje, ze starczy mi samozaparcia, by od czasu do czasu opisać ten codzienny misjonarski chleb!

W całej tej relacji nie poruszyłem niemalże wcale strony materialnej naszego życia w parafii, ani tu w mieście ani na wioskach. A przecież jasne jest, że trzeba się gdzieś modlić, wiec są i budowy i rozbudowy i remonty kaplic, i inne mniej czy bardziej ważne prace - żywy organizm kościoła rozrasta się.

Tutaj dochodzę do momentu najbardziej radosnego dla naszej wspólnoty wiernych i dla mnie osobiście. Mam na myśli przybycie drugiego współbrata. Od owej chwili życie i praca toczy się jakby innym rytmem. Ten sam trud dzielony jest na dwa, a żyjemy nadzieja, że w przyszłym roku duszpasterskim rozłożymy go na trzy... Parafianie zaczynają w końcu odczuwać to, czego nie mogłem im przekazać będąc samemu: radość życia i pracy we wspólnocie.

Brat Jan od pierwszych dni wszedł w rytm pracy... rok duszpasterski już był rozpoczęty. W mieście odpowiedzialność za katechezę dzieci spadła na jego barki. Lubi tę pracę i sam prowadzi, oprócz cotygodniowej formacji grupy animatorów, jedną klasę katechezy. Ruchy dziecięce tez są pod jego opieka. Z ludźmi z Rady parafialnej zapoznawał się poprzez spotkania robocze. Z cierpliwością uczy się “uczyć parafian bycia odpowiedzialnymi” za powierzone im funkcje. Wspólnie planować, wspólnie realizować, wspólnie przeżywać radości i rozczarowania, wspólnie... myślę, że to słowo jest łącznikiem, i to już od lat, miedzy mną i Bratem Janem. Być i pracować wspólnie z ludźmi, przygotowywać dla nich miejsce w kościele. Pisałem, że nowa parafia powierzona Maryi “powinna być klaretyńska”. To właśnie tę “współodpowiedzialność”, którą trzeba wykształcić bierzemy obaj jako idee przewodnią “klaretyńskości”.

Brat Jan odnalazł chyba na nowo, po dwu latach pracy w Rzymie u boku Generała, swój misjonarski żywioł. Po kilku zaledwie miesiącach wszystkie materialne sprawy parafii są w jego rękach. Ponadto Brat Jan to przysłowiowa “złota raczka”, a tutaj ze trzydziestu sześciu wspólnot siedem prowadzi jakieś prace. Jan już w pierwszych tygodniach odwiedził ze mną dwie z nich by wyrysować plany przyszłych kaplic, zrobić potrzebne obliczenia i doradzić co, jak i z czego robić. Niedawno zaś zostawił mnie na cztery dni rekolekcji i chrztów w jednej z wiosek, a sam pojechał na ten czas naprawiać źle położony strop na nowej kaplicy... W grudniu wybudował z wiernymi w jednej z wiosek grotę Matki Boskiej. Chyba jedyna w swym rodzaju – powstała z... termitiery usytuowanej tuz przy kaplicy. Postanowiliśmy nie burzyć termitiery “przeszkadzającej” koło kaplicy, ale przerobić ją na grotę! Próbowałem znaleźć czas na te prace najpierw przed majem 2001, później mobilizowałem się na październik... w końcu trzeba było przyjazdu Jana, by Matka Boska miała swój dom. Od tej chwili, życie we wspólnocie skupiającej jedno z najoporniejszych plemion lokalnych jakby zaczęło nabierać innego, bożego rytmu. A ja przeświadczony jestem, że Maryja przyczyni się do licznych nawróceń w tym trudnym regionie!

  

Brat Jan po prostu jest i zajmuje się wieloma sprawami, którym sam nie dawałem rady. A pracy jest ogrom. Dzięki Bogu i Maryi, ze jesteśmy już we dwóch, bo przecież najpoważniejsze budowy jeszcze daleko przed nami. W chwili obecnej Brat Jan opracowuje z tutejszym architektem projekt powiększenia kaplicy. Od grudnia 2001 odprawiamy msze pod zadaszeniem z liści palmowych na zewnątrz - na msze niedzielne przychodzi tylu wiernych, że nie mogliśmy dłużej odprawiać w kaplicy, gdzie mieści się tylko jedna trzecia wiernych. Z drżeniem myślimy o porze deszczowej… Oczywiście wraz z komitetem finansów Brat Jan szuka pieniędzy i pomocy w postaci materiału na jego realizacje rozbudowy kaplicy. Posłuży nam ona z kilka dobrych lat, zanim kiedyś zostanie wybudowany kościół. Później przerobi się tę kaplicę na salę spotkań, formacji.

Wśród tych rozlicznych zajęć budowlano - organizacyjnych, życie na misji nie pozwala Bratu Janowi zapomnieć iż jest misjonarzem, czyli powołanym do służby Słowu Bożemu przez przepowiadanie. Program wizyt na wioskach ze względu na zbliżający się mój urlop jest tak przeciążony, iż pozostawiam bratu Janowi niedzielna celebracje Słowa Bożego w mieście przynajmniej raz w miesiącu. Głosi kazanie, rozdziela komunie święta. Czasami wspólnie wyjeżdżamy na wioski: ja pozostaję w jednej wspólnocie, on odwiedza druga położoną w pobliżu. Wieczorem wracamy razem dzieląc się napotkanymi problemami.

Wkrótce brat Jan pozostanie sam na okres kilku miesięcy mojego urlopu. Po trzech latach nieobecności powinienem przecież pokazać się wśród was, by odświeżyć kontakty, ubogacić się waszymi osiągnięciami.

Mam nadzieje, że tekst ten ukazał choć po części charakter naszej nowej placówki. Starzy misjonarze powiadali nam: jak chcesz pisać o Afryce to zrób to w pierwszych trzech latach, bo jeszcze wtedy wydaje ci się, że ją poznałeś. Później sam wiesz, że nie wiesz, wielu, wielu rzeczy. Zobaczymy, może jednak przed emerytura jeszcze coś przeleję na papier z tysiąca i jednej wyprawy misyjnej..., bez pretensji do opisywania Afryki, lecz jedynie moich kapłańskich i misjonarskich doświadczeń i przeżyć.

A już na koniec prośba o modlitwę, i o modlitwę, i jeszcze raz o modlitwę za nas.

Poniżej wodospad:

Żeby było wiadomo, skąd tytuł.